Newsy

Jakub Tepper Keiji Inafune zaskakująco szczerze narzeka na Japonię, Japończyków i Capcom

Keiji Inafune znany jest z kilku rzeczy. Kiedyś tworzył wybitne gry (Street Fighter, Megaman, Resident Evil…), a później zaczął narzekać na Japonię. I to jako orędownik prawdy o stanie rynku growego w KKW jest ostatnio przede wszystkim cytowany. W zaskakująco szczerym wywiadzie dla New York Timesa wylał swoje żale nie tylko w kierunku japońskiej branży jako takiej, ale znalazł również wiele wad w swoim własnym Capcomie. Dość powiedzieć, że gdyby był w PiSie i użył takich słów w stosunku do własnej partii, to prawdopodobnie w atmosferze zgodny i przyjaźni musiałby opuścić jej szeregi.

Ale zacznijmy od początku. Inafune wchodzi na TGS i…

Rozglądam się po TGSie i wszyscy robią fatalne gry. Japonia jest przynajmniej 5 lat do tyłu.

Jako powód podaje przywiązanie do obecnych schematów i niechęć do zmian. Jak sam stwierdza, sama grafika nic tu nie zmieni, gdy potrzeba nowych pomysłów na design czy rozgrywkę. Brakuje także chęci do inwestycji dużych pieniędzy, których w KKW brakuje. Kraj ten wpadł, według Inafune, w błędne koło, gdzie bez pieniędzy nie można zbudować i wypromować dużego tytułu, a bez tego nie ma sprzedaży i zysków na promocję następnych.

A z grami japońskimi na świecie jest trochę jak z sushi…

Każdy na zachodzie kocha sushi, ale nie możesz tam tego podać tak jak tutaj, w Japonii. Czasami latam do LA i myślę “co im się w tej knajpie sushi stało?”. Ale po prostu to co się tam sprzedaje jest inne.

To stara jak świat prawda związana z globalizacją. Niby wszyscy lubią to samo, ale mało jest produktów poza BigMaciem, które naprawdę na całym świecie podawane byłyby w ten sam sposób. I odniosły taki sam sukces.

A co jest nie tak z tym Capcomem?

Staram się przepychać sporo rzeczy, ale nie jestem pewien jak wiele jeszcze mogę zrobić. Nie dzielę tej samej wizji zarządzania z resztą korporacji. (…) Capcom musi także zreformować swój system wynagrodzeń. Nie jesteśmy wystarczająco motywowani. Poza tym sposób działania firmy, trudno powiedzieć kto jest odpowiedzialny. To jest problem.

Szczególnie to ostatnie to problem, z którym nie od dziś borykają się japońskie korporacje. Ale to tkwi głębiej, tam po prostu niespecjalnie się kształci i szkoli do decyzyjności, w społeczeństwie tak silnie kolektywnym trudno o inny model, niż podejmowanie wspólnych decyzji. A kto zatem ze strony firmy utrudnia zmiany?

Strona biznesowa stawia opór. Oni uważają, że deweloperzy są głupi i nie rozumieją biznesu. Dlatego nie mogę być w radzie nadzorczej. To różnica pomiędzy Capcomem i Nintendo. W Nintendo, 80% rady było deweloperami. W Capcomie to jest zero. Storna biznesowa martwi się wyłącznie o ochronę własnych interesów. (…) Capcom nie jest prawdziwie globalną korporacją. Ona ledwo nadąża. (…) Musimy zmienić sposób robienia przez nas interesów.

Dalej Inafune wspomina jeszcze, że Level 5 robi niezłą robotę i ich wkrótce prześcigną (!). Dodaje, iż na zdobywanie amerykańskiego rynku jest już za późno i lepiej zająć się Azją, uczyć się od Koreańczyków, a następnie zainwestować w Chiny.

Sporo przykrych i gorzkich słów padło z ust Keiji Inafune. Chociaż dotychczas traktowałem go jako powoli twardniejący beton, to tym wywiadem wyjaśnia, że i on niewiele może. Jeśli Capcom nie usunie swojego legendarnego twórcy w cień, to może się zastanowią zarówno nad sobą, jak i swoim rynkiem. Co w sumie smutniejsze to fakt, że Capcom jako jedna z niewielu firm z Japonii wydaje się próbować nawiązywać walkę i zaistnieć poza granicami. A co z takim choćby Square Enix? Miejmy nadzieję, że beton nieco zmięknie i jeszcze uda im się wrócić na szczyty. Growy świat bez Japończyków pośród największych byłby naprawdę szary i nudny.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (2)

  • kemiru Wrzesień 20, 2010 o 16:54

    Biedny Inafune zgłupiał do reszty. Przecież Nintendo i Level 5 to korporacje czysto japońskie. Szkoda tak wielkiego człowieka.

  • Hoobertoo Wrzesień 24, 2010 o 17:46

    Niestety ale facet ma dużo racji. Nie pamiętam kiedy ostatnio japońska gra urzekła mnie koncepcją świata, settingiem, fabułą lub mechaniką gry. Czymkolwiek co przyciągnęłoby mnie na dłużej. RE5 - sterowanie to śmiech na sali, fabuła woła o pomstę do nieba (no ok nigdy fabuła w RE nie powalała), MGS4 - wymiekłem w pierwszym levelu (taaak chodzi o spotkanie z blond afroamerykaninem ubranym w atłasową marynarce i spodnie moro, który sprzedaje broń w pewnej piwnicy partyzantów na Bliskim Wschodzie - l.i.to.ś.c.i.), FFXIII - po kilunastu godzinach gry nie widze niczego co mogłoby mnie do niej przekonać (szczególnie tunelowe mapy, lipny system rozwoju postaci, jedna z bohaterk biegajaca tak jakby miała paraliż).

    A co jest w tym wszytskim najsmutniejsze? W miniony weekend zapomniałem z pracy zasilacza do X'a. Jak spędziłem czas leżąc chory w łóżku? Grając na PSX'ie w Final Fantasy Tactics (który to był rok Panie i Panowie 1997?). Rewelacyjny klimat, rozbudowana mechanika, fajne wstawki fabularne, ciekawe postacie...




Powrót do góry