Shinji Mikami stojący za takimi hitami jak Devil May Cry czy Resident Evil 4 i Platinum Games, które na koncie ma chociażby rewelacyjną Bayonettę oraz klimatycznego Madworlda zjednoczyli swe siły, by stworzyć Vanquisha. Z takiej wybuchowej mieszanki musiało powstać coś dobrego, teraz tylko pytanie jak bardzo?
Vanquish
Wydawca:
CD Projekt
Deweloper: Platinum Games
Platformy: PS3(recenzowana), Xbox 360
Cena: 219 zł SCD
Co mi się podobało:
- Nie potrzeba dopalaczy – Vanquish to ostra jazda bez trzymanki pełna efekciarstwa na najwyższym możliwym poziomie. Chcecie zobaczyć milion rakiet spowolnionych w czasie, głównego bohatera strzelająca laserem podczas poślizgu na kolanach, a może wolicie wielkie mutujące się roboty, takie, że na ekranie mieści się jedynie noga takiego przeciwnika? Vanquish ma to wszystko, a nawet odrobinkę więcej.
- Też chcę taki pancerz – Główny bohater, jego wygląd i animacje to kompletne mistrzostwo świata. Dobre kilka minut wpatrywałem się w każdy element tego kostiumu podziwiając ruchome elementy i animacje mutacji broni. Nawet w trakcie normalnej gry łapałem się na tym, że specjalnie wykonuje ekwilibrystyczne pozy, by tylko podziwiać jak Sam radzi sobie w najdziwniejszych sytuacjach.
- Szybciej się nie da – Platinum to jedno z niewielu japońskich studiów, które w pełni okiełznało moc dużych konsol. Miejscami mogłoby być więcej detali na planszach, ale jeśli uwzględnić, co się dzieje na ekranie w ciągu jednej sekundy w Vanquishu to dziwię się, że z mojej konsoli podczas rozgrywki nie wydobywał się dym.
- Ogólnie wszechświat – Osobny punkt poświęciłem samej głównej postaci i jego pancerzowi, ale warto odnotować, że całość stylistyki jest świetna. Odcinając się na chwilę od fabuły (wylądowała w minusach) ten futurystyczny świat, projekty przeciwników i same momenty, w których nie mogłem po prostu uwierzyć w to, co widzę.
- Muzyczny odlot – Rzadko zwracam uwagę na muzykę w grach, ale ta w Vanquishu zrobiła na mnie świetne wrażenie. Nie jako pojedyncze utwory, których słuchałbym w kółko w domu, ale jako tło do jednej z najbardziej dynamicznych gier w jakie miałem okazję grać. Nadążyć za tym co dzieje się na ekranie i jeszcze nadać temu ton to nie lada wyczyn, dźwiękowcom z Platinum się udało.
- Podkręć mój karabin – Jeden ewolucyjny element Vanquisha, który bardzo mi się spodobał to możliwość rozwijania broni. Nie ma tu żadnej skrajności związanej z dokładaniem wskaźników laserowych, celowników czy innych głupot, ale jest ciekawy system, który nagradza nas wyższym poziomem dla broni, gdy podniesiemy taką samą sztukę, a akurat mamy pełny magazynek. Powoduje to, że z automatu musi zmieniać nasze zabawki, bo przecież nie chcemy, że nasza ulubiona pukawka nigdy się nie rozwinęła.
Co mi się nie podobało:
- Windą do celu – Schemat rozgrywki w Vanquishu jest zbyt zauważalny. Co prawda strzelanina to strzelanina, więc cudów nie można się spodziewać, ale tutaj mamy przestrzeń pełną wrogów, a zaraz dalej windę prowadzącą do kolejnego pomieszczenia pełnego wrogów. Nie wiem co Mikami ma do wind, ale gdy kolejny raz widziałem cel misji „dotrzyj do windy” to już tylko śmiać mi się chciało.
- Nie bądź taki amerykański – Japończycy myślący, że robią grę pod Amerykanów to chyba najgorsza możliwa konfiguracja na świecie. Można mówić, że się z tego wszystkiego naśmiewamy, ale po przekroczeniu pewnej granicy już nie wiadomo czy nie powinniśmy zacząć płakać. Odzywki, dialogi i cała fabuła to poziom trzeciej ligi piłki nożnej w Polsce. Niby są, ale ostatecznie do niczego nie prowadzą, a szybką przestają bawić.
- Może tak coś swojego – Po przejściu Vanquisha bez problemu wymienicie przynajmniej kilka tytułów, w które ostatnio grał Shinji Mikami. Nie mam mu tego za złe, bo czerpie od najlepszych, ale jednak jego inspiracje są miejscami troszkę za bardzo czytelne.
Podsumowanie: Vanquish jest dokładnie tym, czym zapowiadał się, że będzie. Przepełniony akcją i momentami, w których zapiera dech w piersiach stawia przede wszystkim na mechanikę i wokół tego skupia całość gry. Zaskakuje rewelacyjnym projektem pancerza głównego bohatera oraz jego boskimi animacjami. Niestety ma pewne braki w departamencie fabularnym, a sama gra na dłuższą metę staje się odrobinkę schematyczna. Ja skończyłem zabawę w troszkę ponad 5 godzin i szczerze mówiąc uważam, że to było wystarczające doznanie, by Vanquish nie zaczął się zapętlać, stąd też nie jest to dla mnie wada samej gry.
Mikami i Platinum Games zagrali bezpiecznie wybierając strzelaninę i starając się ją usilnie zamerykanizować. Może dzięki temu zyskają na sprzedaży swojego tytułu, ale z mojej perspektywy Bayonettę oceniam jednak o oczko wyżej. Co wcale nie oznacza, że Vanquisha Wam nie polecę, wręcz przeciwnie, bo takich doznań nie dostarczy Wam praktycznie żaden inny tytuł na rynku.
Jak grałem: Vanquisha przeszedłem, podczas pobytu u Kennera, na poziomie trudności normal w 5 godzin i 15 minut. Było to w zasadzie jedno posiedzenie zakończone około godziny czwartej nad ranem. Potem zagrałem jeszcze raz pierwszy akt (z pięciu) na PS3 i tam właśnie sprawdziłem jak wygląda tryb wyzwań, będący swoistą hordą z Gears od War 2, tyle tylko, że w nim możemy polegać tylko na sobie i swoim pancerzu. Grę do recenzji udostępnił nam polski wydawca, firma CD Projekt.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
Zajrzyj do bazy XCOM i poznaj datę premiery [to WY chcieliście tej gry!]
Chcesz zobaczyć nową konsolę? Będzie na to kilka sposobów [E3]
Następna generacja? Dzięki, postoję
Następna generacja? Dzięki, postoję
@adek: Nie wiem czy rzadkość, ale jak szukałem ostatnio to nie było więc teraz rzuciłem się jak kot na kubecze
KOMENTARZE (1)
kupie w okolicach 100zł :) ale demo bardzo mi się podobało