Artykuły

Padre Dlaczego nie warto kupować Splatterhouse?

Wskrzeszanie znanych i lubianych serii to powszechna praktyka. Większości wydawców nie trzeba dwa razy tłumaczyć, że to co raz odniosło sukces, może to osiągnięcie powtórzyć. Przychodzi jednak taki moment, kiedy najlepsze dojne krowy są już podłączone do aparatury ssącej tego czy innego wydawcy – wtedy zaczyna się przegląd “drugiej ligi”. Co może przynieść takie polowanie? Na przykład nową wersję Splatterhouse.

Splatterhouse
Wydawca: Namco Bandai Games
Deweloper: Namco Bandai Games
Platforma: PS3, Xbox 360 (recenzowana)

Co mi się podobało:

- Krew i flaki – nie uważam się za żadnego dewianta, ale jako osoba wychowana na horrorach z lat 80-tych, lubię czasem przejrzeć zawartość jamy brzusznej postaci z filmów lub gier. Splatterhouse folguje tym zapędom w sposób, którego nie powstydziłyby się wczesne produkcje Petera Jacksona i Sama Raimiego. Opętany przez tajemniczą maskę Rick gruchocze kości, miażdży czaszki, urywa kończyny, wyciąga płuca przez gardło i jelita przez odbytnicę (nie żartuję). Przemoc jest w tej grze wszechobecna, ale mieści się w pewnych granicach – większość przeciwników to dziwaczne mutanty, nie do końca przypominające ludzi i nie wzbudzające litości. To taki masowy mord gumowych potworów z horrorów klasy B.

- Wewnętrzny dialog – maska bohatera Splatterhouse żyje swoim życiem i ma własne zdanie. Dialogi z jej nosicielem są pełne czarnego humoru, który dobrze współgra ze scenami masakry i ogólną atmosferą taniej grozy. Tajemnicza maska namawia nas do kolejnych aktów przemocy, kwestionuje moralność bohatera i zdaje się czerpać z tego wiele zboczonej radości. Czego chcieć więcej od rozmówcy?

Co mi się nie podobało:

- Jeszcze jeden i jeszcze raz – wyobrażam sobie, że twórcy Splatterhouse w pewnym momencie stanęli przed dylematem: wrzucić do gry wszystkie swoje pomysły i stworzyć kampanię na dwie godziny, albo wrzucić do gry wszystkie swoje pomysły milion razy i uniknąć pogardliwych komentarzy o tytule na jeden wieczór. Jak łatwo się domyślić, wybrano drugie rozwiązanie, dzięki czemu przygody Ricka to wieczne obijanie tych samych ryjów, te same sceny egzekucji i powtarzające się sekwencje. Dawno nie doświadczyłem tak bezczelnie sztucznego przedłużania czasu gry. Ja wiem, że nawet najlepsi przedstawiciele gatunku stosują schemat arena-przechadzka-arena, ale Splatterhouse czyni to w sposób pozbawiony jakiejkolwiek finezji. Wprawdzie od czasu do czasu musimy tu poskakać lub przesunąć dwie dźwignie, ale większość gry to kolejne potyczki z tymi samymi potworami.

- Kur$#^#! – nie jestem nerwowy, ale przy tej grze byłem bardzo bliski ciśnięcia padem o ścianę. Kilkakrotnie zdarzyło mi się również zwrócić bezpośrednio do samej gry (czasem przemawiam do przedmiotów, tak mam) słowami powszechnie uznawanymi za obraźliwe. Powód? Splatterhouse zawiera dwie znienawidzone przez graczy mechaniki: walkę na czas i eskortowanie bohaterów niezależnych. Obie wprowadzają niepotrzebną nerwowość, wymuszają na nas pewien sposób gry (szybka eksterminacja zamiast rozważnych, planowanych ruchów) i sprawiają, że więcej zależy od szczęścia, niż naszych umiejętności. Finałowa bitwa to prawdziwy test cierpliwości – życzę powodzenia tym, którzy podejdą do niej na najwyższym poziomie trudności.

- Błędy! – wszelkie wpadki i drażniące niedociągnięcia mogłyby zostać opisane w poprzednim punkcie, ale poczułem, że zasługują na osobne wyróżnienie. Przyznajmy uczciwie: nie uświadczyłem błędów, które zawieszałyby konsolę albo czyniły grę niemożliwą do ukończenia. Ale jeśli policzę, ile razy musiałem wczytywać stan gry, bo Rick sam postanowił zlecieć na ryj w przepaść, odruchowo zgrzytam zębami. Zdarzało mi się ginąć podczas oskryptowanej egzekucji jakiegoś potwora tylko dlatego, że gdzieś w jej trakcie bohater kicał nie tam gdzie trzeba. Może jestem rozpieszczony przez gry, które za mnie pilnują, bym nie robił nic głupiego, ale jeśli mój bohater ginie, wolę żeby działo się tak z mojej winy.

Podsumowanie:

Splatterhouse to gra nijaka, pełna rozwiązań, które trudno zaliczyć “na plus” albo “na minus”. Walka jakoś tam działa, grafika jakoś tam wygląda, jest brutalnie, mrocznie i od czasu do czasu można popatrzeć na cycki. Sęk w tym, że nie ma tu niczego, co by przykuwało gracza do telewizora, mobilizowało do dalszej zabawy. Macie dużo wolnego czasu? Graliście już we wszystko? Pożyczcie Splatterhouse od znajomego, zabijcie (dosłownie) kilka godzin w bezmyślnej rąbaninie. Pamiętajcie tylko, żeby w kluczowych momentach mieć pod ręką jakieś ziółka na skołatane nerwy.

Jak grałem: Skończyłem grę na najwyższym poziomie dostępnym po uruchomieniu (najwyższy poziom odblokowuje się po ukończeniu kampanii). Poziom z windą i ostatnia walka sprawiły, że zacząłem szukać na głowie siwych włosów. Brrrrr.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (0)




Powrót do góry