Artykuły

8bitspell Dlaczego warto zagrać w Mortal Kombat?

Przy żadnej z nowinek, o której przyszło mi pisać na Niezgranych, nie ukrywałem mojej ekscytacji nadchodzącą częścią Mortal Kombat. Powrót do korzeni, odświeżone areny z pierwszych gier z serii, design — właściwie wszystko bardzo przypadło mi do gustu, gdy zobaczyłem fragmenty rozgrywki. Dziś dzięki uprzejmości polskiego wydawcy gry — firmy Cenega — miałem szansę zagrać w wersję preview gry i… jestem zachwycony!

Zanim przejdziemy do rozgrywki, to na wstępie kilka słów o kopii, w którą miałem okazję dziś zagrać. Jest to ten sam kawałek kodu, który został zaprezentowany na sobotnim turnieju w klubie Lucid. Do wyboru miałem zatem szesnaście postaci, a wśród nich: Scorpiona, Liu Kanga, Kung Lao, Sub-Zero, Noob Saibota, Ermaca, Reptile’a, Kitanę, Johnny’ego Cage’a, Kano, Mileenę, Nightwolfa, Cyraxa, Sonyę, Jaxa i Sektora. Ponadto w trybie Challenge Tower mogłem postrzelać także Strykerem oraz przyszło mi zmierzyć się z Baraką i Smokiem. Było więc co robić, a jak to ja — nie mogłem sobie odmówić przyjemności zajrzenia w każdy kąt prezentowanej gry.

Na samym początku spędziłem dłuższą chwilę w opcjach treningowych, które zostały przygotowane w sam raz dla ludzi chcących się zapoznać z nowym systemem walki. Wszystko wyjaśnione jest klarownie, nic się nie dłuży, poznajemy najważniejsze elementy rozgrywki, a przy okazji możemy je nieco przećwiczyć. Oprócz samouczka w grze znalazł się tryb, który powinien być w niej od samego początku — Fatality Tutorial. Na spokojnie mogłem przetestować wszystkie dostępne zakończenia, bez potrzeby desperackiego pozbawiania życia wszystkiego co się rusza. Acha, może to tylko kwestia mojego braku umiejętności, ale we wszystkich poprzednich odsłonach Mortal Kombat w jakie przyszło mi grać, miałem problemy z wykonywaniem kombinacji zawierających w sobie strzałkę do góry. Tym razem takowy nie istnieje. Wszystko działało sprawnie i gładko. Nareszcie. Jeżeli chodzi o zakończenia, to na liście ciosów podana jest tylko jedna z kombinacji. Dwie pozostałe są znakami zapytania. Najprawdopodobniej chodzi o drugie fatality i stage fatality, choć pewności ku temu mieć nie możemy.

Co więcej, w menu z treningiem znalazło się jeszcze miejsce na klasyczne walki pozwalające doskonalić nasze umiejętności — zarówno w rundach pojedynczych jak i tych w duecie.

Niestety nie udało mi się dobrnąć do końca w turniejowej drabinie (tryb Ladder), gdyż chciałem rzucić również okiem na poziomy trudności. Wiem jedynie, że na dziesięć miejsc w słupku Goro znajdował się na szóstym z nich — czy był postacią przeciwko której mogliśmy stoczyć w tej wersji walkę? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem natomiast, że ze wszystkich dostępnych trybów trudności problemy sprawił mi w pierwszych trzech walkach dopiero najwyższy z nich, czyli expert. Reszta była stosunkowo łatwa dla takiego niedzielnego gracza w bijatyki jak ja, choć z tego co mi wiadomo gra cały czas się zmienia, zobaczymy zatem jak będzie się przedstawiać w ostatecznej formie.

Oprócz drabiny w trybie dla jednego gracza napotkamy jeszcze opcję Tag Ladder, gdzie przyjdzie nam prowadzić walki w duetach. Fantastyczna sprawa, ale o tym za chwilę. Obok nich są jeszcze tryby pozwalające przetestować swoje: szczęście (Luck), siłę (Might), widoczność (Sight) oraz uderzenie (Strike). Tryb z fabułą natomiast nie był jeszcze udostępniony.

Miałem dostęp do 20 wyzwań ze wspomnianego wyżej trybu Challenge Tower i muszę powiedzieć, że po pierwszych zapowiedziach nie wierzyłem, że będzie on cokolwiek warty. Szybko jednak zmieniłem zdanie. Przetestowałem większość z 20 dostępnych zadań (w pełnej wersji gry ma być ich 300!) i z każdym kolejnym nie wierzyłem w to, co widzę. Czekały na mnie misje o intrygujących tytułach takich jak: I’m a celebrity, Walking Dead, czy I hate Teddies.

Polegały one na najróżniejszych wyzwaniach — od zwykłego pokonania przeciwnika, przez walkę na ustalonych z góry warunkach, aż heeen po pozbycie się atakującej nas hordy rozszalałych zombie. Me serce jednak należy do jednego z ostatnich udostępnionych zadań — I hate Teddies, gdzie bój toczy się przez znieczulicę Scorpiona, który usilnie nie chce przyjąć prezentu od Mileeny — pluszowego, własnoręcznie wykonanego przez nią misia. Wydaje mi się, że nie muszę tego tłumaczyć — humor Eda Boona i spółki jak za dawnych czasów. Pamiętajcie co mawia Scorpion —

Defend your right to hate teddies!

Odnośnie samej mechaniki — dla mnie jest to fantastyczna pozycja pokazująca jak fajnie można przenieść klimat klasyki i zamknąć go w nowej, akceptowalnej blisko dwadzieścia lat później formie. Z jednej strony napotkamy konieczność wstukiwania kombinacji pokroju przód-przód + przycisk akcji, nie zabraknie też kręcenia kółek. Ale to nie wszystko — te elementy istnieją tuż obok efektownych animacji, które następują po parokrotnym wciśnięciu jednego z ciosów. W Mortal Kombat II takie sztuczki niestety nie przechodziły, tam każda sekwencja musiała być wyuczona i dokładnie przemyślana. Tym samym najnowsza część serii powinna przypaść do gustu nie tylko zapalonym wojownikom, ale również sprawdzi się przy wieczornych spotkaniach ze znajomymi, z których większość trzyma drugi raz w życiu pad od konsoli.

Wracając jeszcze do walk w duetach — jest to element, który otwiera przed nami wszechświat możliwości jeżeli chodzi o combosy. Od teraz mogą być one kontynuowane z pierwszą z postaci, lub po prostu efektownie zakończone wparowaniem naszego sprzymierzeńca z na arenę, a co najlepsze — może on nie przerywać serii śmiertelnych ataków. To ocean nowych możliwości i muszę przyznać, że testując tę grę w trybie dla dwóch graczy, sprawdziliśmy co prawda jak się ona prezentuje w walce jeden na jednego, ale szybko zdecydowaliśmy się powrócić do grupowych pojedynków.

Warto też wspomnieć o widniejącym w prawym i lewym roku pasku energii. Kiedy zbierzemy jej dostatecznie dużo, staje przed nami szansa bardzo korzystnej inwestycji — zarówno na promowane od samego początku ataki rentgenowskie, jak i pomoc przy wydostaniu się z śmiercionośnej serii ciosów, czy wzmocnienie naszych ataków specjalnych. Bardzo fajne urozmaicenie, pozwalające na znaczne podwyższenie efektowności walk.

Oczywiście wszyscy zainteresowani wiedzą jak wizualnie prezentuje się nowe Mortal Kombat. Nam przyszło dziś testować wersję na Xboxa 360 i może faktycznie wyglądała ona minimalnie gorzej od dema na PS3, ale nie podejmę się wydawania takich osądów, gdyż w obie wersje grałem na innych telewizorach. Jedynym minusem gry jaki rzucił mi się w oczy, jest faktyczny brak wyważenia postaci, o którym zresztą wspominał w wywiadzie zwycięzca sobotniego turnieju — Adrian Zyga. To prawda że gra Mileeną jest łatwiejsza niż np. Scorpionem, ale w znacznym stopniu przebija ją w tym oryginał z którego powstała — księżniczka Kitana. Ciosy granatowej damy wchodzą łatwo i przyjemnie, a do tego są bardzo ekspansywne, energiczne i efektowne. Gra nią jest naprawdę łatwa, ale radości z wygranej ani trochę nie można porównać do tej, która nas napełnia po zwycięstwie Nightwolfem czy Sonyą Blade. Miejmy nadzieję, że ten błąd zostanie wyeliminowany do czasu oficjalnej premiery gry.

Cóż więcej mogę dodać — tak jak pisałem na wstępie, na mnie tytuł robi kolosalne wrażenie. Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie mrocznej ścieżki dźwiękowej, która została wykorzystana w amigowym porcie drugiej części gry. Mortal Kombat naprawdę wraca do formy!

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (2)

  • Tenchion Marzec 29, 2011 o 10:18

    ja po kilku godzinach spędzonych z demem już złożyłem preorder :) To będzie bijatyka roku, dla niej zrezygnowalem z MvC 3 :)

  • bone Marzec 29, 2011 o 13:33

    KRATOSSSIEEEEE :D




Powrót do góry