No i stało się. Po zupełnie niespodziewaniej zapowiedzi wersji beta, po kilku nieudanych próbach wzięcia w niej udziału, w końcu przyszła kolej na mnie. W końcu na własne oczy oraz wszystkie inne zmysły, co w przypadku Journey jest nie bez znaczenia, mogłem się przekonać, na co tak naprawdę czekam. Przekonałem się i teraz czekam jeszcze bardziej. W sumie to na nic tak bardzo nie czekam, jak na dzień rozpoczęcia Podróży. W jej pełnej, zaczarowanej okazałości.
Kilka dni temu, na jednym z internetowych paneli dyskusyjnych, ekipa thatgamecompany odpowiadała na nawet najbardziej niedyskretne pytania. Na niektóre z nich, jak sprawy finansowe – oczywiście wymijająco, ale przecież mniejsza o pieniądze. Oto jedno z pytań internautów, które szczególnie przykuło moją uwagę:
Co paliliście przed wymyśleniem Flowera?
Kellee Santiago, współzałożycielka studia i aktulna pani prezes, najwyraźniej niezbyt zaskoczona skwitowała po chwili:
Najczęściej powtarzane mity o thatgamecompany: 1) wszyscy się narkotyzujemy 2) wszyscy jesteśmy dziewczynami 3) wszyscy jesteśmy Azjatami. Otóż zapewniam, że żaden z tych mitów nie jest prawdziwy.
Wszyscy może i nie, ale… ale powyższe pytanie przypomniało mi się dzisiaj, właśnie gdy po raz pierwszy odpaliłem betę. Autentycznie – nie pojmuję, jak człowiek o zdrowych zmysłach był w stanie stworzyć coś tak niestworzonego. Flower był dziwny, to na pewno, jednak tutaj spotkałem się z czymś jeszcze silniejszym. Spodziewałem się tego, ale nie spodziewałem się że to co zobaczę, wzdłuż i wszerz przerośnie moje oczekiwania. Przez pierwsze 20 minut nieśmiało próbowałem rozkminić otaczający mnie majestatyczny świat, by po tych dwudziestu minutach zorientować się, że badam go z rozdziawioną buzią. Przełknąłem ślinę i otoczony niczym magicznym kloszem brnąłem w to dalej… nadal nie wiedząc, co owo “dalej” oznacza.
Teraz, po pochłonięciu wszystkiego, co oferuje wersja testowa, wciąż nie mam pewności. Coś mi tam świta na końcu głowy, jednak już po krótkiej becie widać, że Podróż lubi zaskakiwać. I robi to z takim wdziękiem, że brak mi słów po prostu. Czuć w tym rękę geniusza. Dokładnie tę samą rękę, która stworzyła Flowera, z tym że jeszcze bardziej wprawioną, obytą ze sztuką. Zatem wszystko stało się jasne – Journey nie ma prawa nie spodobać się komuś, kto zachwycony był Kwiatkiem. I vice versa – przeciwnicy wirujących płatków raczej nie dostrzegą na pustyni nic, poza… pustynią. Chociaż z trzeciej strony… wydaje mi się, że jest to tak bardzo indywidualna sprawa, że naprawdę ciężko przewidzieć czyjąkolwiek reakcję.
Nie chciałbym się skupiać na kwestiach technicznych – wierzcie mi, że one schodzą na dalszy plan. Ale – żeby nie było – do nich również nie mam zastrzeżeń, być może omamiony całą resztą. Jasne, moje przewrażliwione oko zaobserwowało spadki fantastycznej animacji, które znając kunszt thatgamecompany nie będą miały miejsca w pełnej wersji, jednak całość, jako obraz + dźwięk, wywarła na mnie niebywale pozytywne wrażenie. A widok pewnego mostu prawdopodobnie będzie śnił się po nocach. Jedno życzenie, które i tak nie ma szans się spełnić – otóż życzyłbym sobie, żeby tego wrażenia nigdy nie zmąciły wyskakujące pucharki. I mówię to ja – typ zbieracza.
Cóż więcej… zbrodnią by było szczegółowe opisanie, o co w tym wszystkim chodzi. Tym bardziej, że sam się zastanawiam nad tym do teraz. I nie, nie chodzi o chodzenie – tu zdecydowanie chodzi o coś więcej, jednak nie zrobię Wam tego – tę przygodę trzeba przeżyć samemu (i brak czata, loginów i innych kompasów stał się nagle taki oczywisty!). Samemu rozkminiać przez pierwszych 20 minut, samemu doświadczyć niesamowitego uroku pustyni, wydm, prześlicznych dźwięków, melodii… samemu odnaleźć pierwszy… stop! Ja ewentualnie mogę skupić się na przeżyciach właśnie. Bo moje wrażenia, emocje – one co najwyżej zachęcą lub nie, zaciekawią lub wręcz przeciwnie, ale na pewno nie sponiewierają Wam świetnej zabawy, czegoś nowego. W tym miejscu wszystkim zaciekawionym kategorycznie odradzam sięgania po wszelkie trailery, filmiki z rozgrywką i inne spoilery – nadchodzi jedna z najbardziej epickich gier w dziejach, nie zepsujcie sobie tego.
Jak testowałem: beta składa się z 3-ech “etapów” offline, których przejście (trochę chodzenia, szukania, skakania) zajęło mi jakieś 2 godzinki. Pewnie da się ją skończyć w okolicach 30-40 minut, ale nie w moim przypadku – podziwianie widoków, to u mnie rzecz normalna. Jeśli u Ciebie również, to czuj się zapewniony, że jest co podziwiać. Magia w najczystszej postaci.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
Jeszcze jedna gra zostanie przeniesiona na srebrne ekrany
CD Projekt RED chcą nam obwieścić coś dużego [nowości]
CD Projekt RED chcą nam obwieścić coś dużego [nowości]
Tania gra: PS3 [#19] [inFamous]
CD Projekt RED chcą nam obwieścić coś dużego [nowości]
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
KOMENTARZE (7)
Wiedziałem, że czekam na tą grę, po przeczytaniu Twoich wrażeń czekam jeszcze bardziej...
PS. Czemu na pierwszym screenie jest napis DURNE? :D
Widzialem pierwszy gameplay - taki krotki, masakra, najzabawniejsze jest "powodowanie akcji" sam go do konca nie zrozumialem :D
A ja wiem, że żadnego gameplaya oglądać nie będę. Biorę w ciemno! Chociaż w sumie po wrażeniach Mariusza to już nie tak do końca w ciemno ;). Fajnie, że w momencie kiedy wszyscy dookoła piszą o becie Uncharted na Niezgranych pojawia się kolejny oryginalny tekst.
świetny tekst! Czekam na Journey!!!
Ja to chyba zbyt przyziemny jestem. Flower mnie nie 'ruszyl', a skoro Journey ma byc jeszcze bardziej artystyczny (czytam: mniej grywalny) to ja dziekuje i postoje.
ale o co chodzi w tej grze jako "grze"? chodzi sie i skacze i zbiera cos, czy po prostu wloczy po wielkim terenie i podziwia jakas psychodele? trailerow nie widzialem, za to z opisu nie mam pojecia jak sie w to gra i co to za typ gry.
Flower byl fajny, ale jesli Journey ma byc tym samym, tylko inaczej, to postoje i poczekam do przeceny.
Flower to był majstersztyk, więc jeśli Journey będzie lepszy to czym będzie? :)