Newsy

spolecznosc Zagraliśmy: Final Fantasy XIII-2

Seria Final Fantasy przez długi czas była dla mnie mglistą emanacją do cna japońskiej, idealnej, choć niestety nieosiągalnej gry konsolowej. Mglistą i nieosiągalną, bo przez długi czas nie posiadałem konsoli i jedynie co jakiś czas słyszałem o produkcji nowej części. Pamiętam także recenzję pecetowej wersji Final Fantasy VII, która tylko ugruntowała we mnie przekonanie o wielkości tej serii. Dlatego gdy tylko na PS3 ukazała się trzynasta część, z lekkim lękiem przed nieznanym czym prędzej ją nabyłem aby skonfrontować moje wyobrażenia z rzeczywistością. Gra wciągnęła mnie całkowicie, urzekając grafiką, systemem walki, scenkami przerywnikowymi, emocjami oraz infantylną i prostą w założeniach, a pokręconą w przedstawieniu fabułą – dokładnie tym, czego się spodziewałem. Nic więc dziwnego, że gdy na stoisku Microsoftu na targach Gamescom zobaczyłem grywalne demo Final Fantasy XIII-2 nie odszedłem od konsoli dopóki go nie ukończyłem. Zanim opiszę swoje wrażenia zaznaczam, że w kwestii FF jestem laikiem – grałem tylko w ostatnią część, dlatego skupię się na przedstawieniu różnic w stosunku do najnowszej odsłony, a nie na dogłębnej analizie w kontekście całej serii.

Pierwsze co rzuciło się w oczy to deszcz. Tak, koniec z wiecznie słonecznymi równinami i kanionami Gran Pulse. W trzynastodrugiej (na marginesie – czy ktoś w ogóle ogarnia numerację Finali?) bohaterom przydałyby się porządne parasolki. Graficznie efekt nie jest może oszałamiający (krople spływające co jakiś czas po ekranie przypomniały mi czasy GTA Vice City), ale dodaje swoje do klimatu. Jeśli już przy grafice jesteśmy, to pod tym względem nic się nie zmieniło. Dalej jest ślicznie, ale nie zapiera tchu w piersiach. Widać, że modele i tekstury wykonane na użytek trzynastki i w tej części są mocno eksploatowane.

Jednym z bardzo poważnych zarzutów wobec FF XIII (i przedmiotem wielu kpin) były “rynniaste” poziomy złożone z jednej słusznej drogi i praktycznie pozbawione odgałęzień. Niestety ogrywane przeze mnie demo nie dało mi wielkich nadziei na zmianę w tym obszarze – co prawda mogłem ominąć część “lochów” i do celu dojść skrótem, ale podejrzewam, że zwiedzenie ich będzie tak czy inaczej wymagane. Lochy jak to zazwyczaj w grach bywa pełne były wszelkiego rodzaju monstrów – tutaj też daje się we znaki recykling assetów z “trzynastki”, bo natrafiłem na dobrze znane potworki, lekko tylko podkolorowane. Dużą zmianą w stosunku do poprzedniczki jest zrezygnowanie z umiejscawiania przeciwników na planszy. Zamiast tego mamy rozwiązanie znane z tysięcy japońskich erpegów, czyli random encounters (coś a’la buszowanie w trawie w Pokemonach). Idąc z punktu A do punktu B nagle jesteśmy atakowani – przed kierowaną postacią pojawia się wrogi pomiot i od nas zależy, czy szybko podbiegniemy i zadamy cios (coś na kształt preemptive strike z części XIII), czy może postaramy się niemilca ominąć szerokim łukiem. W tym drugim przypadku dla ułatwienia wyświetla się okrąg, poza granice którego trzeba uciec zanim dogoni nas przeciwnik.

W skład drużyny, którą kierowałem w gamescomowym demie wchodził nowy bohater widoczny na trailerach, czyli Noel Kreiss (zniewieściały młodzieniec w kolorowych ciuszkach Alladyna), Serah – jedna z bohaterek poprzedniej części oraz dziwne latające coś [nie denerwujcie się, Adam nie grał w stare Finale - dop. JT]. Szczerze mówiąc obecność tego ostatniego bardzo mnie denerwowała, nie przepadam za tego typu udziwnieniami i już śmieszno-słodkie Chocobo z XIII mocno mnie irytowały, a teraz do porzygania pocieszny latający stworek ma mi towarzyszyć przez całą grę? Już się tego obawiam. Na szczęście poza plątaniem się pod nogami, stworek ten przydaje się także w walce, na przykład zamieniając się w broń (WTF?!), co widać na trailerach. W czasie walki oprócz członków drużyny pomagają nam też wcześniej napotkane i oswojone potwory, zmieniające się w zależności od wybranego paradygmatu (tak, zasady te same). I tak wybierając rolę ravagera pojawia się wielka cukinia (kto grał w XIII ten powinien skojarzyć), żeby jako commander zmaterializował się behemot. System walki nie uległ zmianom poza tym, że niektóre super ataki do poprawnego wykonania wymagają bezbłędnego zaliczenia sekwencji quick time eventów (tak zwane Cinematic Actions) – co ani razu mi się nie udało, jako że pada od Xboxa trzymałem po raz drugi w życiu.

Zwiedzanie deszczowej lokacji połączone z radosną wyrzynką potworów przerwał mi element zgoła nieoczekiwany. Otóż w XIII-2 istnieje możliwość dokonywania wyborów! Bardzo się ucieszyłem, ale była to radość krótka. Bohater miał prawo wybrać, czy od razu rzuci się na wielkiego jak góra fal’Cie, czy zbada pewien artefakt znajdujący się w pobliskich podziemiach. Jako, że czasu miałem mało chciałem pominąć grę wstępną i z marszu ubić potwora (podejrzewając, że pewnie jest dla mnie za silny i częścią fabuły będzie przegrana). Okazało się, że rzeczywiście jednym zadanym od niechcenia ciosem kolos wysłał moją drużynę do Valhalli, a mi zostało tylko wczytać stan gry (na szczęście autozapis miał miejsce tuż przed walką) i z pokorą podjąć Jedyną Słuszną Decyzję, czyli zbadanie artefaktu. Mam nadzieję, że inne decyzje w grze będą czymś więcej niż tylko atrapą mającą dać złudzenie wolności.

Zbadanie artefaktu łączyło się z kolejnym nowym elementem trzynastkodwójki – prostymi zagadkami logicznymi. Drużyna została przeniesiona w inny wymiar, gdzie do rozwiązania miałem serię łamigłówek opierających się na schemacie dojścia z początku do końca planszy stąpając po każdym kwadratowym polu dokładnie raz. Rewelacji nie ma i raczej nie spodziewałbym się zagadek na poziomie tych z Assassins Creed (fakultatywne łamanie kodów), ale zawsze to miłe urozmaicenie rozgrywki. Po krótkim treningu umysłowym przeniesiony zostałem z powrotem na arenę walki z monstrualnym przeciwnikiem, który w międzyczasie bardzo zmiękł i już bez najmniejszych problemów pokonałem go zgarniając okrągłe pięć gwiazdek jako ocenę przebiegu bitwy.

Po przejściu dema jestem pewien, że Final Fantasy XIII-2 nabędę niedługo po jej premierze, choć nie jest to tytuł, na który czekam z wypiekami na twarzy. Wygląda to raczej na solidną, rzemieślniczą robotę, dzięki której po raz kolejny dane mi będzie odwiedzić Gran Pulse i poznać dalsze losy bohaterów trzynastki. Twórcy co prawda twierdzą, że XIII-2 będzie w każdym elemencie lepsze od XIII, ale nie oszukujmy się – są to zmiany ewolucyjne, a nie rewolucyjne.

Adam “ethnoe” Dubiel

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (0)




Powrót do góry