Artykuły

Beniamin Durski Zagraliśmy: Resistance: Burning Skies [dwa analogi to za mało]

Widziałem niesamowicie wręcz pozytywne wrażenia z obcowania z Resistance: Burning Skies na PlayStation Vita, ale niestety nie podzielam tych zachwytów. Tutaj po prostu trzeba czegoś więcej niż dwóch analogów, by już zacząć zwiastować wielki sukces.

Zacznijmy od tego, że przesiadając się ze stanowiska z Uncharted spojrzałem z niedowierzaniem na konsolę, która może wyświetlać coś tak ładnego, a pokazywała coś tak brzydkiego. Jasne trzeba zaznaczyć, że to była pierwsza publiczna prezentacja Resistance, więc nie mówimy o końcowej oprawie graficznej produktu, ale fakt pozostaje faktem. Gra, póki co jest brzydka i na pewno mocno odstaje od innych tytułów od samego Sony na Vitę, chociażby LittleBigPlanet wyglądało dużo lepiej.

Zaczynamy do przebudzenia, gdzieś w szpitalu polowym i szybko łapiemy za siekierę i nasz kask strażaka, bo wiecie Nihilistic (gry nie robi Insomniac) stwierdziło, że ciekawiej będzie wepchnąć nam nowego bohatera. Zagramy zatem jako Tom Riley, nowojorski strażak, który zapewne tak samo dobrze radzi sobie z gaszeniem pożarów co z wybijaniem wrogów. Fabularnie historia toczy się bezpośrednio przed wydarzeniami z Resistance 2, czyli mamy rok 1951 – Chimery właśnie przeprowadzają inwazję na Stany Zjednoczone.

Jeśli chodzi o rozgrywkę to już tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt – siekiery nie używamy tak jak innej broni palnej w grze, tylko występuje ona jako ikona na ekranie, którą po prostu możemy nacisnąć. Na początku nie wydaje się to takim złym pomysłem, ale ciągłe przełączanie się między przyciskami, a sterowaniem dotykowym jest uciążliwe i niepotrzebne. Podobnie jest z rzucaniem granatów, które musimy pociągnąć w miejsce na ekranie, w które chcemy rzucić. Kiepsko to wychodziło podczas 15 minut, jakie spędziłem z grą.

Te ograniczenia zapewne wynikają z pewnych braków w samej Vicie – analogi nie klikają jak w normalnym padzie, brakuje również triggerów, co oznacza, że odpadają nam, aż 4 przyciski (L2, R2, L3, R3). Stąd też pomimo zachwytów nad pełno-krwistością tej strzelaniny muszę stanowczo zaprzeczyć. Twórcy starali się, ale po prostu za dużo elementów wymagało uproszczenia – kolejny dobry przykład to system osłon. Niby działa automatycznie, gdy podchodzimy do murka, ale już, żeby się od niego odkleić potrzebujemy wcisnąć przycisk.

Szczerze mówiąc to najlepiej mi się strzelało, gdy parłem wprost przed siebie ignorując wszelkie osłony. Sztuczna inteligencja przeciwników, póki co była na bardzo niskim poziomie, pojawiali się w określonych miejscach, otwierali ogień i spokojnie czekali na śmierć.

W zaprezentowanym fragmencie nie zabrakło kilku znanych pukawek, na początku trafiamy na klasyczny karabin, potem w kolejce czeka na nas jakaś wariacja Bullseye, w której namierzanie przeciwników w drugim trybie polega na oznaczeniu ich palcem na ekranie, a na koniec w nasze łapki wpada Chain gun, od którego Chimery padają jak muchy. Strzelało się lekko i z odpowiednim wyczuciem broni, ta część zdecydowanie wypadała na plus.

Na dzień dzisiejszy Resistance: Burning Skies potrzebuje jeszcze wielu miesięcy dopracowywania i przemyślenia przynajmniej kilku z zastosowanych patentów, jeśli chodzi o mieszanie sterowania dotykowego i tego opartego o przyciski. Jeśli zaś chodzi o fanów Resistance to jakoś powątpiewam, żeby Nihilistic w jakiś sensowny sposób rozszerzyło to uniwersum. Trudno mi uwierzyć, by był to hit pokroju Uncharted: Golden Abyss, ale kto wie, może za rok na Gamescomie zmienię zdanie…

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (1)

  • deusz Sierpień 30, 2011 o 09:56

    Już od pierwszych sekund konferencji Sony wiedziałem, że to nie może się udać.




Powrót do góry