Promowane

mrkort Dlaczego warto kupić Deus Ex: Bunt Ludzkości

Pierwszy Deus Ex przykuł mnie do komputera na długie godziny. Chłonąłem świat tego „shootera dla ludzi myślących”, jak określiła go zachodnia prasa. Zafascynowany patrzyłem na brak wież World Trade Center w panoramie Manhattanu na rok przed słynnym zamachem terrorystycznym. W ręce wreszcie wpadł mi długo oczekiwany prequel jedynki. I wiecie co? Powróciłem do czasów genialnej pierwszej części.

Deus Ex: Human Revolution

Wydawca: Square Enix
Deweloper: Eidos Montreal
Platforma: PlayStation 3 / Xbox 360 (recenzowana) / PC
Cena: X360/PS3 około 190 PLN; PC około 120 PLN

Co mi się podobało?

- Fabuła – Rewelacyjnie poprowadzona mieszanka dobrze odegranych dialogów i sytuacji przyprawiających o szybsze bicie serca rzuca gracza w centrum dramatycznych wydarzeń w 2027 roku. Jako Adam Jensen próbujemy swoich sił między przysłowiowym „młotem a kowadłem”; usiłując przetrwać i zrealizować swoje cele w – praktycznie otwartej już – wojnie pomiędzy organizacjami pozarządowymi, megakorporacjami oraz mediami usiłującymi sterować ludzkością. Choć polityka wydaje się być tabu nieporuszanym przez gry wideo, tutaj dostaniemy jej aż nadto próbując przebić się przez kłamstwa, zagrywki i próby wymuszenia na Jensenie konkretnych zachowań. Dodatkowo dostajemy pełen pakiet zagadnień bardzo na czasie, dotyczących ewentualnych nierówności w społeczeństwie wywołanych ulepszeniami, implantologią i wszechobecnymi pieniędzmi.

- Postaci – Wyraziste postaci wydają się być kluczem do sukcesu tego rodzaju produkcji. Choć część z nich rozrysowana jest komiksowo i ewidentnie polubimy je, bądź też znienawidzimy od pierwszego wejrzenia, to jednak znakomita większość bohaterów potrafi zaskoczyć. Mało tego: robi to w najmniej spodziewanych momentach. Zupełnie jak w życiu, gdzie nigdy nie wiadomo czego ani po kim się spodziewać w sytuacjach tzw. podbramkowych.

- Świat – Nierozerwalnie związany z tworzeniem – wyświechtane słowo – klimatu całej produkcji. Świat, choć nie jest otwarty, do czego powoli przyzwyczajają nas nowoczesne gry, to jednak jest olbrzymi. Mamy do dyspozycji niezliczone ilości ścieżek, którymi możemy podążyć; miejsc, które możemy eksplorować. Właśnie dzięki temu odczuwa się całość jakbyśmy dostali niemal nieograniczone możliwości poruszania się w zakresie fabuły. Niezależnie od tego, czy masz ochotę się przekradać, czy wchodzić do budynków w akompaniamencie swojego pistoletu maszynowego, po prostu możesz to zrobić. Ba, możesz nawet odnaleźć kompromitujące materiały i kogoś zmusić do współpracy szantażem. Możliwości są naprawdę olbrzymie i dzięki temu miałem wrażenie, że to wszystko to prawdziwy, żywy świat.

- Estetyka – Konsekwencja projektów, kampanii promocyjnej czy choćby nawet UI jest  wręcz powalająca. W całym Deus Ex i wszelkich „okolicach” mamy do czynienia ze złotymi filtrami nałożonymi na obiektyw kamery. Dzięki temu gra prezentuje się naprawdę efektownie, zupełnie jak część naszych, polskich  miast przy nocnym oświetleniu. Jednak to nie wszystko, gdyż zadbano, aby każde miasto miało swój niepowtarzalny charakter. Szanghaj nocą wygląda zupełnie inaczej niż Detroit. Ma zielonkawą poświatę, charakterystyczną dla przeładowanych ludźmi metropolii Chin czy Japonii, w których neony zdają się być głównym źródłem oświetlenia. Wszystko jest wręcz namacalne. Charakter całości sprawia, że aż czuć smród sklepów rybnych na Hengszy.

- Polonizacja – Nie sądziłem, abym kiedykolwiek był zadowolony z polonizacji, tu jednak jest naprawdę świetnie. Gra jest oczywiście w wersji kinowej, samo tłumaczenie zaś wypada nieco lepiej niż w oryginale. Batony ładujące baterie, to nic innego jak „Cyberblasta”. I nie ma lipy!

Co mi się nie podobało?

- Walki z bossami – Jak gra przez większość czasu cieszy i bawi, tak starcia z „szefostwem” są naprawdę upierdliwe. Bywa, że grę trzeba wczytywać dziesiątki razy, gdyż coś poszło nie tak. Spodziewałem się, że będzie można jakoś obejść tych pancernych delikwentów, przegadać, nasłać na nich policję, słowem: cokolwiek byle z nimi nie walczyć. Nic z tego. Trzeba się na nich po prostu nastawić, przemęczyć i wierzyć głęboko, że zaraz po tej drodze przez mękę wróci ciekawość odkrywania nieznanego świata.

- Kulawa mimika twarzy podczas animacji dialogowych – Większość animacji postaci, podczas scen dialogowych woła o pomstę do nieba.  Ruchy warg są tak dopasowane, jak w przypadku czeskiego dubbingu. Do tego wszystkiego postaci prężą się w tych scenkach zupełnie niezgodnie z tym, co mówią. Dobrze, że chociaż „voice acting” sprawia dobre wrażenie.

- Część podsłuchiwanych dialogów, w których przeciwnicy prowadzą gracza za rączkę do celu – Zdarza się, że podczas przekradania się usłyszymy rozmowy przeciwników, którzy zupełnie jak skończeni idioci będą rozprawiać między sobą o rzeczach tajnych, jak miejsca pobytu poszukiwanych osób czy danych. Szkoda, bo tutaj trochę blednie pojęcie przypięte Deus Ex od czasów pierwszej części, czyli „thinking man’s shooter”.

Podsumowanie: Rzadko kiedy zdarza mi się aż tak cieszyć grą i rzadko kiedy bywa mi przykro, iż się skończyła. Jeżeli każda letnia posucha w grach ma być zakończona finałem pokroju Deus Ex: Human Revolution, to ja nie mogę się już doczekać następnego tzw. „sezonu ogórkowego”. Okolice 30 godzin rozgrywki w takim wydaniu wydają się być warte każdej złotówki zapłaconej za tytuł. A drobne niedoróbki przyćmiewa blask fantastycznego połączenia shootera „dla ludzi myślących” z Łowcą Androidów i megakorporacjami rodem z Ja, Robot.

Jak grałem? Długo! Zakończyłem grę wynikiem 900/1000 Gamer Score i pograłem trochę na najwyższym poziomie trudności zabierając się do kolejnego przejścia gry (co pewnie nastąpi dopiero przy kolejnej suszy wydawniczej). Dodatkowo miałem przyjemność przebrnąć przez około 3 godziny rozgrywki na PC. Jedyne dostrzegalne różnice polegają na nieco lepszej grafice, innym UI oraz krótszych loadingach, oczywiście na korzyść „maszyny do pisania”.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (6)

  • marvelous Wrzesień 14, 2011 o 18:11

    Maćku, bo na bossów najlepszy jest wymaksowany Tajfun. Nawet największy madafaka schodzi wtedy w kilkanaście sekund. ;)

  • Asgaroth Wrzesień 14, 2011 o 18:34

    Nie rozumiem skąd u ludzi problemy z bossami, przecież oni są dziecinnie prości :) Czytałem, że ponoć drugi boss na najwyższym poziomie trudności potrafi dać w kość, ale przez niego też przejechałem jak walcem korzystając jedynie z min i karabinu...

  • mrkort Wrzesień 14, 2011 o 19:08

    @Marvelous: Jasne. Pod warunkiem, że nie ufasz ślepo korporacjom ;) Wtedy jest pozamiatane. Pół pada zjadłem ;)

    @Shinx: Dzięki :)

  • angh Wrzesień 14, 2011 o 20:19

    Coz, cala gre przechodzilem bez zabijania, tylko z ogluszaczami w ekwipunku, i pierwszy boss po prostu mnie rozwalil. Po paru probach ochlonalem, i zaczalem inaczej - granat rmp, a potem - latanie po scianach i rzucanie w niego czym popadnie. Najpierw butle z gazem, potem wybuchajace, potem jeszcze frag granat i poszlo. Bez jednego strzalu. Niemniej, lekko to irytujace.

    Inna sprawa to straszna liniowosc. Gra jednak jest sporo slabsza niz oryginalny deus ex, jednak jak na dzisiejszy rynek jestem z niej zadowolony. Polecam, daja sporo zabawy, jednak pozostaje male uczucie neidosytu.

  • Kazz Wrzesień 14, 2011 o 20:51

    Bossowie to totalne przegięcie, irytuje tu pewna niespójność - gram całą grę jak ninja, a tu nagle mam się zamienić w samuraja? Czasem walka trwa 5 sekund i bang - loading 20sekund i tak w kółko. Inwestować w tajfun i NIE ufać korporacjom, bo inaczej można się srogo wkur...

  • Gurren Wrzesień 14, 2011 o 22:16

    Dla mnie najtrudniejszy był pierwszy boss, bo byłem kompletnie nieprzygotowany. Potem już chodziłem z zestawem granatów, tajfunem i granatnikiem. Za to trzeci boss był najłatwiejszy - można było wcześniej zhakowac działko i zabrać je ze sobą do windy :)




Powrót do góry