Newsy

Mariusz Czy warto kupić PixelJunk SideScroller? [recenzja]

W zasadzie jeszcze długo przed premierą przeczuwałem, że powyższe pytanie nie ma szans zabrzmieć inaczej, niż “dlaczego musicie zakupić nową gierkę od Q-Games”. Zresztą mało powiedzieć, że przeczuwałem. Ja byłem tego pewien. Nadeszła wyczekiwana środa, zakupu dokonałem bez chwili namysłu. No i się zaczęło.

Momentalnie poczułem się jak u siebie, w końcu to moje ukochane PixelJunki. Jednak im więcej czasu poświęcałem gierce, tym większa niepewność nawiedzała moją bezgranicznie zapatrzoną w logo PJ głowę: czy przypadkiem nie za bardzo dałem ponieść się emocjom? Czy nie przesadzam z tym hurra optymizmem? Czy aby na pewno zachowam czyste sumienie polecając SideScrollera wszystkim… wszystkim? I tak sobie grałem w najlepsze. Upływały kolejne minuty, a ja nadal myślałem, co z tym fantem zrobić. I chyba wymyśliłem.

PixelJunk SideScroller
Wydawca: Sony Computer Entertainment Europe
Deweloper: Q-Games
Gatunek: strzelanki
Platformy: PSN (recenzowana)
Cena: 29 zł

na niebiesko

Co mi się podobało:

- Małe jak zwykle jest piękne – trochę nie w moim stylu jest wyliczać plusy zaczynając od grafiki, ale i najnowsza produkcja Q-Games utrzymana jest w innym, niż dotychczas stylu. W dość oryginalnym stylu retro. Wszechobecna pikseloza, jaskrawe neony, nonstop dające po oczach kontrasty, i to wszystko zamknięte w starym, zaokrąglonym szkiełku, zwanym CRT (i to jakby dosłownie, super efekt). Chociaż nie, to jeszcze nie wszystko: do tego stałe 60fps, ślicznie animowane płyny znane z Shootera, setki rozbłysków, latających Bóg wie czego – sieczka w najlepszym wydaniu. Tylko nie dajcie się zwieść screenom, statyczne obrazy nawet w 33% nie odzwierciedlają tego, o czym piszę.

- …i brzmi jeszcze piękniej – za ściężkę dźwiękową odpowiedzialna jest brytyjska grupa High Frequency Bandwidth, znana już pixeljunkowej braci z poprzednich “części” (1-4, 1-4a). No i wielce prawdopodobne, że tej bardziej hiphopowej również. Powiem krótko – dla mnie muzyka z SideScrollera jest małym-wielkim, takim na miarę PixelJunk, arcydziełem. Przeważają typowo elektroniczne kawałki z, hmm… niezwyczajnymi wokalami w klimatach instrumentalnego hh, może trochę dubsetpu, ambientu, a czasem odnosiłem wrażenie, że gra po prostu Fatboy Slim sprzed lat. Taki nie bardzo dający się zaszufladkować miks, za który absolutnie zapłacę jeszcze raz, kiedy już trafi do cyfrowej dystrybucji w formie soundtracka (niebawem w PSS). Pełni dźwiękowej rozkoszy dodają fajnie zrealizowane odgłosy pokładowego komputera, informujące co się dzieje z naszym uzbrojeniem. Uhh, jest ekstra. Cała warstwa audio robi bardzo dobrze, nie przestając nawet na chwilę. I pomyśleć, że gra zajmuje 83MB. Słownie – osiemdziesiąt trzy megabajty. Trochę szok.

szaro-buro

- Małe jest dobrze zorganizowane – odsłona 1-4b może i nie wybija się ponad to, co mieliśmy poprzednio, ale gadżety typu sprawnie działające tablice wyników, czy możliwość przechwytywania wideo (+ pstrykanie screenshotów z poziomu XMB) ze spokojem ducha dołączam do plusów. Do tego lokalny tryb co-op i voila - pixeljunkowy standard. Rzecz w tym, że póki co nie jest to standard ogólnie. Stąd plusik.

- Nie ma lekko – w tym momencie zaczynam dreptać po cienkiej linii. Z poziomem trudności tak już jest, że trudno niekoniecznie znaczy dobrze, i odwrotnie. Niemniej teraz jesteście zdani na mnie, a ja lubię, gdy łatwo nie jest. Gra składa się z 3-ech światów, podzielonych na 4 sektory każdy, oraz 13-stej, ukrytej planszy z prawdziwie końcowym bossem. No i co my tu mamy? Prosto z mostu – mamy przechlapane. Osobiście zaciąłem się na dłużej już w planszy 1-3, na poziomie Normal. Takich zacinek doświadczyłem sporo więcej, i to już nie na delikatnie oszukanym Normalu, a na – sądząc po nazwie – Casualu. Czasem dzieje się tak wiele, że nic tylko rozłożyć ręce i spróbować od nowa, ostatkiem sił wstrzymując nerwy na wodzy. Bullet hell, chyba tak to leciało. Ale jestem za. Tym bardziej, że…

- …fajnie się strzela do tych potworków – tak zwyczajnie, dla odprężenia. Liczne sytuacje bez wyjścia nie były w stanie mnie złamać. Powód jest banalny – radosne sytuacje, w których to ja rządziłem na planszy. Przy odrobinie wprawy, to właśnie na nich opiera się gameplay. I wtedy micha się cieszy, i chce się jeszcze.

Co nie do końca zagrało:

- Chce się jeszcze, a tu już nie ma – te 13 krótkich i generalnie podobnych do siebie plansz, to chyba nie jest szczyt możliwości ekipy z Kioto. Po udanym pod tym względem drugim Shooterze zdaje się, że moi ulubieńcy zaliczyli spadek formy. Choć z drugiej strony próbuję to sobie tłumaczyć specyfiką gatunku – ma być szybko i intensywnie, jak na shoot’em up przystało. I dokładnie tak jest, ale czy będzie Ci się chciało zaliczać te same plansze po raz n-ty, podbijając tym samym tablicę wyników, to już niestety inna sprawa. Ostrzegam, dla świętego spokoju.

- Właściwie to czym ja teraz strzelam?! – właściwie, to bardzo łatwo się pogubić. Poza tym, że sterowaniu nie mogę nic zarzucić, to jednak zmiana uzbrojenia mogłaby być lepiej rozwiązana, lepiej sygnalizowana. Konkretnie chodzi o to, że chcąc zmienić działko na powiedzmy laser (a są jeszcze bomby, każdy rodzaj broni upgrade’owany osobno) często zapominam w którą stronę należy dokonać rotacji (L2 i R2). Zresztą nie tylko ja zapominam – na oficjalnym forum powstał już dedykowany wątek, w którym fani proponują nowe, lepsze rozwiązania. Czas pokaże co będzie dalej, ale byłbym raczej dobrej myśli.

...i zielono

Podsumowanie: Co jakiś czas wracam do opisywanego niegdyś Soldner-X 2 i szczerze – wsiąkam na nowo. Za każdym razem, bez wyjątków. A wspominam o tym, gdyż w przypadku strzelanki od SideQuest Studios miałem niemal identyczny dylemat – gierka bardzo przyjemna, ale niedługa. Nie inaczej jest tym razem, stąd nagłe napady niepewności, o których wspomniałem we wstępie. Wobec tego – czy warto? Niby zwykła strzelanka, niby gatunek nie został odkryty na nowo, ale po tym co ujrzałem w ostatniej, bonusowej planszy, odpowiedź może być tylko jedna. W idealnie narastającym, kulminacyjnym punkcie gry, w którym to na chwilę przeniosłem się jakby do innego wymiaru, doznałem natychmiastowego olśnienia. Oj, działo się. Oj tak, warto było i trzeba powtórzyć…

Jak grałem: ledwo przeszedłem grę na poziomie Casual, w dwa wieczory, co wierzcie mi lub nie, ale z moich ust brzmi co najmniej niespotykanie. Ku własnemu zdziwieniu zebrałem przy tym 80% pucharków (calak wbrew pozorom wygląda na łatwy). Żeby nie było – za wygraną nie dałem i jak najbardziej jeszcze powalczę na tym hardkorowym Normalu. Później ewentualnie pomyślę nad następnymi (Brutal zapowiada się brutalnie!). Tak czy inaczej, powrócę nie raz – akurat tego jestem pewien.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (4)

  • bone Listopad 03, 2011 o 13:41

    Jest bardzo....bardzo, oldschool

  • kypq Listopad 03, 2011 o 17:23

    Under Defeat w przyszłym roku to zobaczysz co to znaczy bullet hell.

  • MAPPY Listopad 03, 2011 o 17:37

    ^ Dobrze że mam Dreamcasta :3 W tym miechu Nowy DoDon w PALu !!!

  • KuFeL Listopad 03, 2011 o 18:27

    budząc swoje sentymenty:
    http://www.youtube.com/watch?v=pYa2g9_5Ss4
    http://www.youtube.com/watch?v=WpcO2yMxO3U

    myślę, że też spróbuję :)




Powrót do góry