
Zapewne niewiele osób zauważyło, że minęło już 10 lat od premiery Nintendo GameCube. Kostkowaty sprzęt, mocno ignorowany przez wielu tak zwanych hardcore’owców, przyniósł światu sporo radości – goszcząc przy swym stole produkcje, którym do dziś powinno się kłaniać pół branży tworzącej gry na zasadzie: „Nawalmy skryptów, dorzućmy broń i umieśćmy to wszystko w korytarzu, sprzeda się”.
GCN to nie tylko możliwość podłączenia czterech GameBoyów Advance z której nigdy nie skorzystałem, nie tylko fantazyjny online z Animal Crossing o którym tylko czytałem, i nie tylko pokraczny pad wyglądający jak sprzęt do aborcji. To także mocarne gry na malutkich płytkach, które dawały kupę radości.

Swą przygodę ze 128 bitowym reprezentantem stajni Nintendo mogę opisać jako dość bujną – pożyczałem ten sprzęt, kupowałem, sprzedawałem i emulowałem (Wiem, to grzech, ale na widok Wind Wakera w wysokiej rozdzielczości serce zabiło mi tak mocno, że niemal połamało żebra), obecnie po GameCube’ie zostały mi tylko wspomnienia. Wspomnienia którymi chciałbym się z wami podzielić.
Odstawmy na bok historię, daty, liczby, statystyki i przyjrzyjmy się grom dostępnym na uroczym, fioletowym tosterze:

Metroid Prime: Wspaniała przygoda Samus Aran, jednej z postaci-symboli Nintendo. Tym razem zwiedzamy obcą planetę w trybie FPP (czyt. „widok z oczu”) okazjonalnie przełączając kamerę za nasze plecy przy formowaniu się w ikoniczną kulę, która jest ukłonem dla wszystkich grających w MP jeszcze za czasów NESa i SNESa. Mechanika poprzedniczek śmiało rozwijających formułę Castlevanii została w wizjonerski sposób przeniesiona w trójwymiarowy świat pełen tajemniczych przejść i wymagających przeciwników. Nacisk położony został jednak nie na walkę (Choć i ta jest wyborna) ale na wykorzystywanie coraz to nowych możliwości Samus i skanowanie świata różnymi wizjerami pomagającymi rozwiązać zagadki środowiskowe. Produkcja jakich mało, wręcz kipiąca zawartością i smaczkami. Graficznie to jeden z najdoskonalszych pokazów możliwości poprzedniej generacji konsol, jej kontynuacja – Metroid Prime 2: Echoes wręcz onieśmielała wykonaniem. W encyklopedii, pod hasłem „immersja” powinien znajdować się odnośnik do Metroid Prime.

Donkey Kong: Jungle Beat: Szczerze urocza i mocno zręcznościowa gra rytmiczna/platformer, w której do kontroli używamy bongosów! Ile potrafi dać zabawne peryferium udowodniła m.in. seria Guitar Hero, w DKJB zabawa także jest przednia. Wspominane bongosy są również bohaterami innej gry muzycznej – Donkey Konga. W przypadku obu tytułów nie chodzi nawet o samą rozgrywkę dostarczającą masę frajdy, ale o widok ludzi wchodzących do waszego pokoju i widzących jak zgarbieni, na krawędzi kanapy nawalacie w małe, plastikowe bębenki kierując w ten sposób gorylem na ekranie. Rewelacja.

Baten Kaitos: Ekskluzywny RPG na poziomie najlepszych przedstawicieli gatunku. Gra odznacza się niesamowitymi kompozycjami i wyraźnymi elementami karcianki, wcielamy się tu nie tyle w bohatera co w ducha-strażnika pomagającego mu w walce. Akcja dzieje się w przyszłości w której… Ludzie ewoluowali i mają skrzydła, a cały świat przeniesiony został pod niebiosa. Nie ma tu losowych walk, grafika jest piękna, pomysł ciekawy, a przy systemie pracowali ludzie odpowiedzialni m.in. za Chrono Crossa – to już samo w sobie powinno świadczyć o jakości tego tytułu. Perełka, którą warto wydobyć choćby z podziemi, niestety jej druga część nigdy nie wyszła w Europie.

P.N.03: Gra Shinji Mikamiego, którą można śmiało uznać za protoplastę Vanquisha. Przejmujemy tu kontrolę nad Vanessą, będącą najemnikiem, jej zleceniodawcą zostaje pan nazywany „Klientem” – nasza misja to zniszczyć roboty, które zaczęły zabijać ludzi (Taka oryginalność fabuły to tylko w produkcjach Capcom). Futurystyczny, sterylny design, gibka bohaterka bujająca biodrami, elektroniczna muzyka i stylowe zabijanie to najjaśniejsze cechy tej produkcji. Niewygodne sterowanie, oldskulowy gameplay i zamknięte środowisko mogą dziś nieco odtrącić, nie zmienia to jednak faktu, że P.N.03 naprawdę ma duszę i jest grą którą warto mieć na swoim koncie.

Eternal Darkness: Tytuł stworzony dla poszukiwaczy niezapomnianych historii. Paranoiczne zagrywki, imitowanie halucynacji i igranie z graczem (Najsłynniejszy przykład to udawanie przez grę, że wyczyściła kartę pamięci, lub pojawiający się z nikąd telewizyjny pasek głośności dźwięku) to rzeczy z których ED słynie. Pełno zagadek i fabuła rozgrywająca się na przestrzeni dziejów, kręcąca się wokół księgi oprawionej w ludzką skórę, tworzą koktajl o bardzo wyrafinowanym smaku. Jeżeli kręci was mistycyzm i horrory o mechanice podobnej do klasycznych odsłon Resident Evil to musicie to znać. Dzieło Silicon Knights Potrafi przestraszyć bardziej niż wizja matki, przeglądającej historię stron odwiedzanych przez was w Internecie (Zboczuchy).

The Legend of Zelda Wind Waker & Twilight Princess: Bez Zeldy nie ma Nintendo, proste. GameCube miał to szczęście, że otrzymał dwie jakże oryginalne części tego kultowego cyklu. Elf Link po raz kolejny przywdziewa zielony kubraczek, zarówno w swej najbardziej realistycznej postaci (TP) jak i w najbardziej przerysowanej (WW). Zatrzymam się tu szczególnie przy Wind Wakerze, w którego zagrywałem się nieprzyzwoicie długo. Ta produkcja wygląda jak przepiękna animowana baśń (Dziś podobne uczucia budzi Okami czy Ni no Kuni) umiejscowiona w pełnym przygód archipelagu. Sterowanie łódką i cyfrowe niebo jeszcze nigdy mnie tak nie rajcowały.
Ilość detali i charakterystyczne przywiązanie do tradycji sprawiają, że są to naprawdę nieśmiertelne tytuły. Teoretycznie, po raz kolejny biegamy z bombami, wpadamy do labiryntów i krok po kroku rozwijamy nasze umiejętności, machając mieczykiem w przerwach od przestawiania dźwigni i wykonywania auto-skoków, jednak radość czerpana z każdego kolejnego questa wykonanego przez typka w zielonej czapeczce można porównać jedynie do wdrapania się na szczyt Mount Everest, by później zjechać z niego na sankach. Poezja śpiewana. Dodam, że GCN otrzymał zremasterowaną wersję genialnej Ocarina of Time (plus OoT:Master Quest), sama obecność tej trójcy sprawia, że choćby chwilowe wejście w posiadanie tostera wydaje się być sprawą obowiązkową dla każdego kto chce się uważać za znawcę elektronicznej rozrywki .

Luigi’s Mansion: Tytuł startowy, gra w której nareszcie możemy konkretnie poznać heroiczną stronę brata Mario. Luigi wzorem Pogromców Duchów wciąga przeróżne zjawy do specjalnego… Odkurzacza, śmiało przemierzając swą „straszną” posiadłość. Straszną w tak słodki sposób, że nawet pomimo prostej mechaniki i zaledwie kilku godzin potrzebnych do przejścia tej pozycji nie można jej się oprzeć. Będąc lekko złośliwym dla Remedy można powiedzieć, że to protoplasta Alana Wake’a, gdyż i tu liczy się przede wszystkim światło latarki, pozwalające osłabiać oponentów. Do dziś cieszy interakcja ze środowiskiem i dopracowane projekty kolejnych pomieszczeń. Na LM patrzy się z niesamowitą przyjemnością, a takie drobnostki jak dostępny do naszej dyspozycji Game Boy Horror tylko potwierdzają kunsztowność z jaką przygotowano ten tytuł. Oryginalna rzecz.

Pikmin: Shigeru Miyamoto to typ którego wystarczy wpuścić do ogródka, żeby wymyślił coś ciekawego. Pieląc grządki wpadł na pomysł, że fajnie byłoby stworzyć grę w której dowodzimy małymi paździochami z kwiatkami wyrastającymi z ich główek. Całość przyjmuje konwencję zabawnej strategii czasu rzeczywistego w której jedną z największych przeszkód jest… Biedronka. Jako kapitan Olimar rozbijamy się na pewnej planecie na której spotykamy urocze Pikminy. Na szczęście żyjątka się nas słuchają i możemy je wykorzystać do zebrania części swego statku rozsianych po kolejnych planszach. Sterowanie jest proste, precyzyjne i niezawodne a grafika wciąż urokliwa i oryginalna. Po raz kolejny Nintendo pokazało, że geniusz tkwi w prostocie. Idee sięgające beztroskiego dzieciństwa potrafią być strzałem w dziesiątkę – nie ma drugiej takiej gry! No… Poza jej kontynuacją, wydaną także na GCN.

Battalion Wars: Hybryda strzelaniny TPP i strategii wojennej będąca odłamem niesamowicie grywalnej, sztandarowej wręcz, serii Advance Wars. Ten mix akcji i dokładnego planowania swoich działań wygląda dziś bardzo przestarzale, jednak posiada na tyle oryginalną rozgrywkę, że warto mieć go w swej kolekcji (Można też sięgnąć po drugą odsłonę, która ukazała się na Wii). Pomimo dość prostych założeń, zabawa jest przednia a chaos walki potrafi mocno zaangażować. Trzeba cały czas kontrolować położenie swoich jednostek, dbać o to by piechota nie weszła pod ostrzał czołgu i pilnować, by odpowiednie maszyny atakowały właśnie te, z którymi mają największe szanse. Najwięcej zabawy daje to jak szybko możemy się przełączać między swoimi pojazdami i żołnierzami, BW to wyzwanie zarówno dla palców jak i dla zwojów mózgowych.

Wszystko-Z-Mario: Swoistym znakiem jakości Nintendo jest pojawienie się Mario w tytule jakiejś produkcji. Pucułowaty hydraulik chcący przeczyścić rurę księżniczki Peach (O to mu cały czas chodzi, nie?) doczekał się bardzo fajnej odsłony z dopiskiem Sunshine. W tej części skakał jak zawsze i traktował wszystko sikawką jak prawdziwy macho. GameCube otrzymało też czwartą, piątą, szóstą i siódmą (Nieźle imprezował nasz wąsacz) odsłonę cyklu Mario Party – czyli zbioru mini gierek nadających się idealnie do zabawy w multi. Dodajmy do tego kolejne inkarnacje Mario Kart, Mario Golf, Mario Tennis oraz Super Mario Strikers czyli piłkę nożną w ogrodniczkach . Bez niego nie mogłaby też pojawić się gra o tytule Super Smash Bros z dopiskiem Melee (Niesamowicie grywalna nawalanka z postaciami uniwersum Nintendo). Za najciekawsze przygody na kostce uważam jednak powrót do konwencji RPG, czyli Paper Mario: The Thousand-Year Door. Oczywiście robotnik o rubensowskich kształtach już wcześniej miał okazję pokazać się w tym gatunku (Super Mario RPG ze SNESa i Paper Mario z N64), jednak w tej części wspiął się na prawdziwe wyżyny. Unikalny styl graficzny, zacięte walki i korzystanie ze swych „papierowych” możliwości robią z tego tytułu prawdziwe przeżycie i małe, cyfrowe dzieło sztuki.

Metal Gear Solid: The Twin Snakes: Jednym z najlepszych ruchów w historii Konami było zlecenie przerzucenia pierwszego MGSa w oprawę znaną z części drugiej. Ta niewyobrażalnie wręcz porywająca intryga nabrała dzięki temu zabiegowi jeszcze większego tempa. Niezastąpiony komandos – Solid Snake, wpływający do Shadow Moses to widok rozpoczynający jedną z najgenialniejszych gier w historii, nareszcie przedstawionej w należyty sposób. Skradanie się, czołganie, zbieranie sprzętu, infiltracja, rozmowy przez codec, kultowe kwestie, sceny i rozwiązania… Ach! Świat byłby jeszcze bardziej chory, zły i brzydki gdyby MGS nigdy się nie pojawił. To trzeba znać, nie ważne w jakiej wersji, ale ta GameCube’owa jest najlepsza.

Resident Evil: Remake zrobiony z rozmachem i wielką pasją. Powrót do rezydencji zła nie mógł wyglądać lepiej. Capcom wykorzystał moc nowej konsoli Big N dostarczając survival horror pełny zombie, zbierania amunicji (Liczy się każdy nabój!), zagadek w stylu „znajdź zamknięte drzwi, cofaj się pół godziny do miejsca gdzie jest klucz, potem wróć i je otwórz” i poszukiwania roślinek leczniczych. Jakby ta wyliczanka dziwnie nie brzmiała, to w praniu sprawuje się to idealnie, stanowiąc piękny hołd dla pierwszej odsłony serii, która dziś wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Marka RE to prawdziwa żyła złota, mająca pierdylion części, wersji i spin-offów. Obecnie można mieć tego dosyć, jednak powrót do REmake to wciąż dobry pomysł, to gra dobitnie pokazujące czemu seria odniosła tak spektakularny sukces.

Debiuty i multiplatformy: GameCube było domem wielu naprawdę głośnych debiutów i hitowych gier, które śmiało można nazwać ponadczasowi lub przełomowymi. Jednak imponująca sprzedaż PlayStation 2 zrobiła swoje i co najmniej kilka rewelacyjnych produkcji tworzonych z myślą o GCN z czasem przeskoczyło na sprzęt Sony. Myślę tu głównie o Tales of Symphonia, przepięknym RPGu od Namco reprezentującym sobą wszystko to za co można kochać i nienawidzić japońską szkołę tworzenia gier. Bardzo szybki i zręcznościowy system walki, wspaniale zaprojektowany świat oraz ciekawe animacje do dziś potrafią przykuć do ekranu. Skazą na całości jest co prawda kierowanie „bandą dzieci”, ale taki już urok tej produkcji.
Niezapomnianym wydarzeniem była premiera Resident Evil 4 – Hideki Kamiya zrewolucjonizował branżę tworząc strzelaninę TPP na której do dziś wzorują się praktycznie wszystkie gry akcji – i wiele z nich (łącznie z kontynuacją, czyli RE5) nie może dorównać tej rzezi zarażonych Hiszpanów. Charakterystyczna kamera, kontekstowe sterowanie i tempo tej produkcji nie miały sobie równych przez naprawdę długi czas. Do gier Capcomu migrujących na PS2 dołączył także Viewtiful Joe i Killer 7. Pierwsza to zrobiona na wariackich papierach wściekle udana bijatyka, którą można śmiało uznać za Devil May Cry zrobione z jajem i w dwóch wymiarach. Bycie superbohaterem nigdy nie było tak odpałowe i nie wymagało takich umiejętności. Dodam, że animacja po prostu podpala tornister. Druga produkcja to chora wizja Goichiego Sudy, będąca nietypową do bólu mieszaniną strzelaniny FPP i gry TPP. Całość skupia się wokół grupy profesjonalnych zabójców będących… Różnymi osobowościami jednego człowieka. Unikalny styl oraz fabuła krążąca wokół polityki i relacji Stanów Zjednoczonych z Japonią dają nam tytuł, który ciężko ogarnąć, ale wciąż warto poznać.

Kostka otrzymała także, równocześnie ze swoimi konkurentami, m.in. Prince of Persia: Sands of Time, Beyond Good & Evil, Soul Calibur 2 czy TimeSplitters 2. Wobec takiego zestawu hitów nie można było przejść obojętnie, o czym najlepiej świadczy to, że nawet dziś bardzo wyraźnie je pamiętamy (Prawda?).
Mając przed oczami gry, które wspomniałem na przestrzeni całego tekstu, a także te które przemilczałem (jak Wave Storm, Star Wars Rogue Squadron II, Star Fox, Harvest Moon: A Wonderful Life) ciężko jest mi się pogodzić z deprecjonowaniem GameCube’a na Polskiej ziemi. Nintendo zawsze ma kilka asów w rękawie i ich platformy, choćby nie wiem jak bardzo oddalały się od tego co można powszechnie uznać za mainstream, posiadają produkcje dopełniające życie graczy. Takie które potrafią odebrać blask najnowszemu Asasynowi, kolejnemu God of War, Deus Exowi, Skyrimowi czy Heavy Rain.
To była, przynajmniej dla mnie, strasznie miła, wspominkowa podróż, mam nadzieję, że wytrwaliście w niej do końca. Wszystkiego najlepszego GCN! To już 10 lat…
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
@Gunpei: Będzie beka z fanboi Sony jak PS4 okaże się słabsze od MS i... Nintendo
co jak co ale z N to przeRóżne śmiesznostki znalezione w necie :)
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
KOMENTARZE (11)
Skies of Arcadia tez sie nie zalapalo ;)
SWoja droga GC to ostatnia konsola Nintendo dla graczy imho ;)
Dodałbym jeszcze Fire Emblem: Path of Radiance i właśnie Skies of Aracia: Legends.
I to jest kurde tekst, a nie tylko minecraft, WoW, czy inne pierdoły :)
Ja również miałem złe zdanie o padzie do GC. Okazało się jednak że to świetny pad (po za bijatykami). Gałki bardzo intuicyjnie ułożone, cieszy bardzo zastąpienie guziczków C, analogiem. Ta Z'etka tylko tak dziwnie umieszczona, na szczęście rzadko się jej używa. Co do gier to konsola posiada świetnie platformówki.
@michaelius
co do konsoli dla graczy, to dla mnie ostatnią od N był SNES :)
Gacek to naprawdę świetna konsola. Bardzo żałuję, że nigdy nie mogłem zagrać w Metroidy, Zeldy, czy w Resident Evil 0. Może kiedyś to jeszcze nadrobie kupując WII czy nawet WII U
Ciekawe, że Wario World nie doczekał się większej kontynuacji (jeśli w ogóle). Sam nie miałem okazji spróbować tego cuda, ale wygląda/ał na pełnoprawnego brata Mario z nowymi pomysłami. Czego mu zabrakło do sukcesu innych platformówek ze stajni Nintendo?
Na GC Wario nie miał pochlebnych opinii, natomiast pozostałe na handlery mogę śmiało polecić. Z nowszych gier Wario to tylko Wario Ware i Shake it, wygląda świetnie, muszę kiedyś spróbować.
Ah, zapomniałem dopisać że jedyne czego mi w nim brakuje to podstawki umożliwiającej odpalanie gier z N64.
Oczywiste, że autor pominie parę tytułów, wszystkich się spisać nie da. Do listy dopisałbym jeszcze m.in. Wario Ware (oj, z 3ma padami się sporo grało...), Bloody Roar (jedna z lepszych wersji od czasu PSone) cy F-Zero.
@Cascad: 1. Animal Crossing nie miało trybu online w wersji na GC. Ale za to miało klasyki z NESa.
2.Legenda o Miyamoto i Pikminie to... no, legenda. Nie jest prawdą, że Miyamoto wpadł nataki pomysł podczas pracy w ogrodzie, ale Nintendo lubi tworzyć takie bajki.
3. Twin Snakes nie jest najlepsza. Choćby z takiego powodu jak dużo słabszy niż w oryginale dubbing.
@KAmil, to przygotuj się na cholernie wysokie ceny, BK ciężko obecnie wyrwać a szkoda, sam chciałem w to zagrać.
@Loader o ile mi wiadomo Wario World jest po prostu okej, nie mniej nie więcej. No i w ogóle gra chyba wyszła w beznadziejnie niskim nakładzie bo nigdy jej nie widziałem nigdzie. Nawet recenzji za dużo nie było...
Wyścigi na N64 ? Tylko Road Rash 64 !
A u mnie nadal leży to fioletowe pudełeczko i tak prawdę mówiąc, to trzymam je chyba z jednego powodu. Nie ma lepszej gry dla 4 osób jak Mario Kart :-)