Rayman Origins prezentowało się fantastycznie od pierwszego trailera i pierwszej grafiki pokazanej w sieci. Nie dość, że po latach rządzenia Królików wraca nareszcie ten, który całą serię zapoczątkował, to jeszcze w baśniowej oprawie i oryginalnym gatunku. Rayman na PSone to była jedna z pierwszych gier, jaką zobaczyłem na żywo na konsolach i oniemiałem.
A jakie wrażenie wywarła najnowsza produkcja Ubisoftu? Skrajne.
Rayman Origins to platformówka z krwi i kości. Obraz widziany jest z boku, cała grafika to zaś ręcznie rysowane dwa wymiary. Dzięki wysokiej rozdzielczości i feerii barw czuje się jednak, jakbyśmy wskoczyli do bajki Disneya. Tylko jeszcze trochę lepiej. Rayman wygląda jak najdroższy cukierek w najlepszym belgijskim sklepie z pralinkami. Sama słodycz i wysublimowane piękno.
Rozgrywka i konstrukcja gry z jednej strony są bardzo tradycyjne (podział na plansze, rozmaite światy, “hub” gdzie przenosimy się z jednego miejsca w inne), ale z drugiej wprowadza wiele nowoczesnych elementów. Przede wszystkim – kooperacja. Całą grę można przechodzić nawet w 4 osoby na jednej kanapie, dowolnie wybranymi postaciami z uniwersum, które odkrywamy wraz z progresem w grze. Kolejny nowoczesny składnik, to brak “żyć”. Możemy zginąć milion razy (i zrobimy to, ale o tym później), ale nie ma to żadnego wpływu na nasze dalsze postępy. Co istotne, gdy gramy w kilka osób do początku wracamy dopiero, gdy wszyscy zginą – jak ktoś pozostanie przy życiu, to reszta się reanimuje w tym samym miejscu. I trzecia istotna nowość to checkpointy – plansze podzielone są na naprawdę niewielkie sekcje, śmierć w trakcie których przenosi nas tylko do ich początku. Nie całej planszy – a to spore ułatwienie.
Elementem, który mnie jednak najbardziej zafascynował to ogromny hołd złożony kultowym grom zręcznościowym zawarty pod postacią charakterystycznych elementów plansz. Nawiązania do takich klasyków jak Mario czy Sonic są oczywiste i tutaj większej filozofii do odnalezienia nie potrzeba, ale już obecność motywu żywcem wyciągniętego z Mr. Drillera była zaskakująca. Takich smaczków jest więcej i nie chcę ich zdradzać – jeśli zdecydujecie się na zakup, to odkryjecie je sami. Warto, sprawia to niemałą satysfakcję i pozwala cieszyć tytułem, w stosunku do którego również autorzy okazali miłość.
Poza wychwalaną oprawą graficzną warto zwrócić też uwagę na dźwięki. Pozornie w platformówce niewiele można wymyślić, ale Ubi zdecydowało się na przemienienie także tej części w atut. Podobnie jak choćby w REZie, niemal każdy ruch staje się źródłem dźwięku. Nawet najdrobniejszego, ale doskonale komponującego z resztą oprawy. Rayman brzmi świetnie i chociaż to nie jest cecha mająca wielkie znaczenie w procesie decyzyjnym o zakupie gry, to jednak warto po prostu nie ściszać telewizora, a nawet lepiej – założyć słuchawki. Wiele drobnych rzeczy może nam inaczej umknąć.
Po całej beczce miodu muszę niestety dołożyć także pół beczułki dziegciu. Oglądając bowiem materiały z gry może się wydawać, że Rayman Origins to doskonała gra dla dzieciaków. Kolorowa, prosta… STOP! Rayman nie jest prosty. Rayman jest tak cholernie trudny, że to właśnie przy nim najczęściej rzucałem brzydkim słowem “kurw@” w tym roku. Skąd to wynika? Pierwszy “przelot” przez wszystkie plansze można w miarę bezboleśnie odbyć, ale w pewnym momencie się okazuje, że aby grę ukończyć należało po drodze pozbierać odpowiednią ilość “śmieszków”. Te zdobywamy przez przechodzenie plansz (mało), przechodzenie plansz na czas (mało) i zbieractwo oraz obwąchiwanie ścian (więcej). Jak się domyślacie, wiąże się to z tym, że w pewnym momencie, bardzo daleko w grze, jesteśmy poproszeni o przejście jej praktycznie od początku, na zupełnie innych – trudniejszych – warunkach. Czasówki np. wymagają braku jakiejkolwiek skuchy. Na początku – banał. Później można uświerknąć. Zginiecie setki razy. Zróżnicowanie typów poziomów (są nawet latane strzelaniny horyzontalne) częściowo pomaga przetrwać te powtórki, ale to i tak strasznie niefajny i nieuczciwy manewr. Można powiedzieć – trzeba było od początku wszystko zbierać, to nie byłoby problemu. Prawda. Ale pchani ciekawością i tak po kilkunastu planszach zaczynamy przyspieszać i pomijać coraz więcej znajdźek.
Jeśli ktoś skończył Rayman Origins poniżej 10 godzin, to jest dla mnie niesamowitym twardzielem. Naprawdę. Gra Ubisoftu jest niesamowicie długa, także przez obowiązkowe powtórki, i wymagająca. Ale również piękna i wciągająca. Kto powinien ją kupić? Dzieciom odradzam, chyba, że rodzice będą cały czas przy padzie pomagać. Dorosłym wymiataczom w BFa czy CoDa do gustu nie przypadnie estetyka. Paradoksalnie przyzwyczajeni do infantylizacji miłośnicy gier japońskich mogą się tutaj odnaleźć – jest hardkorowo i słodko – tak jak lubią. Ja się przy Raymanie bawiłem świetnie. Ale ile naprzeklinałem to moje (i kolegów z biura…). Mimo wszystko – dobra i naprawdę długa (zwłaszcza jak na ten gatunek) gra.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
@Gunpei: Będzie beka z fanboi Sony jak PS4 okaże się słabsze od MS i... Nintendo
co jak co ale z N to przeRóżne śmiesznostki znalezione w necie :)
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
KOMENTARZE (13)
Masz się uczyć na pamięć levelu. Stara szkoła ;)
Nie dzieki, nie mam czasu na takie zabiegi - ok moze nie az w takim stopniu pamieciowki...
Bogu dzieki za demo bo bym zalowal gry ktorej nie przeszedlem nawet w polowie.
oryginalny gatunek?
skrajne wrażenie?
nic nie rozumiem
Oryginalny gatunek - znów platformówka 2d, jak z początku serii, a nie dziwactwa pokroju królików i innych mini gier
Skrajne wrażenie - od zachwytu po fucki
Jeżeli się pomyliłem w interpretacji, to Tap-chan pewnie sprostuje.
Nie pomyliłeś się. Ale Ty jesteś hardkorowcem. Sab może nie jest. Muszę pisać dla wszystkich, będę się starał. :)
króliczki nie są częścią serii, a platformówek 2D tego typu wychodzi pełno na wii i nie tylko; a wrażenie - a przynajmniej tak mi się wydaje - może być skrajne w jedną stronę, bo jest pojedynczym wrażeniem, a nie wrażeniami
nie, nie jestem hardkorowcem, i nie bierz do siebie tego przypierdalania, ale takich określeń nie da się czytać
"Paradoksalnie przyzwyczajeni do infantylizacji miłośnicy gier japońskich mogą się tutaj odnaleźć"
Must resist the flame bait ;)
Ale żeby płacić prawie 200 zł za takie coś? 5 euro w promocji na Steamie, nie więcej.
Sabbiku, tu nie chodzi o oryginalność gatunkową ( w sensie nowatorstwo na tle innych produkcji), a o oryginalność produktu. Rayman był oryginalnie (pierwotnie, początkowo) platformówką 2d.
Fakt, tam chyba powinno być "Skrajne wrażenia", a nie "wrażenie".
Sab, oczywiście masz rację co do drugiej sprawy - dopiero teraz zauważyłem chochlika, tam oczywiście miały być wrażenia w liczbie mnogiej.
Co do oryginalności - cóż, przykro mi, że nadal nie zrozumiałeś.
Ale nawet jeśli przyjąć Twoją interpretację - to
a) ostatnie gry RAYMAN nie były platformówkami 2D
b) wymień mi z tych "wielu" platformówek na Wii powiedzmy 5. Z ostatniego roku?
no daj spokój, ten "oryginalny gatunek" - nieważne, czy masz na myśli tylko platformówki, czy coś jakiś podpodgatunek platformówek - nie jest ani oryginalny na przestrzeni Raymanów (już był = nie jest oryginalny), ani oryginalny na przestrzeni gier ogólnie (pierdyliard rysowanych platformówek na każdej platformie każdego roku), ani oryginalny na przestrzeni gier tegorocznych: z tego roku do głowy przychodzą mi tylko Kirby's Return to Dreamland, Max and Magic Marker, Gnomz, Anima: Cośtam of Sinners i może Pucca's Kisses, Doc Clock Cośtam Sandwich; ale nie mam pojęcia, co za różnica, czy są zeszłoroczne czy tegoroczne - sęk w tym, że gry z tego gatunku są wszędzie w wielkich ilościach, i nieważne, że jest ich coraz mniej, nadal nie ma w nim niczego oryginalnego.
Czy Ty nadal nie rozumiesz?
Sprawdź w słowniku znaczenie słowa "Oryginalny".
LOLOLOL,
sorry wielkie, dopiero się zorientowałem, zwracam honor.