Promowane

8bitspell Czy warto kupić Kirby: Mass Attack? [recenzja]

Nie będę ukrywał, że Kirby jest jednym z moich ulubieńców wśród bohaterów gier platformowych. Tak, Crasha czy Mario zdeklasował lata temu zostawiając daaaleko za sobą — to w końcu różowa kulka potrafi połykać wszystko co spotka na swojej drodze przejmując zarazem dodatkowe moce albo, jak w przypadku Kirby: Mass Attack, zapełnia sobą cały ekran konsoli. Dobrze że DS ma je dwa.

Kirby: Mass Attack
Wydawca: Nintendo
Deweloper: HAL Laboratory
Platforma: Nintendo DS

Co mi się podobało?

— Ale co się stało? — No właśnie, nigdy jeszcze nie mieliśmy szansy operować dziesięcioma Kirby jednocześnie, co zatem tym razem stało się w jego magicznym świecie? Otóż podczas podróży na wyspy Popopo nasz bohater postanowił się zdrzemnąć. W tym czasie Necrodeus, lider Gangu Czaszek, ugodził naszego bohatera i podzielił na dziesięć kopii samego siebie. Nie czekając długo zgładził też dziewięć różowych kulek i ruszył w świat wprowadzać w życie uknute przez siebie wcześniej złowieszcze plany. Chwilę później pojawiła się złota gwiazda, która namówiła jedynego Kirby’ego który się ostał by za nią podążał, oferując swoją pomoc w starciu z Necrodeusem.

— Jak ruszyć dalej? — W całej grze do sterowania używamy tylko dolnego ekranu dotykowego. Kiedy usłyszałem że to kolejne przygody Kirby’ego oparte o sterowanie stylusem nieco się przeraziłem — Kirby: Canvas Curse był bowiem dotychczas jedyną grą z serii która okazała się dla mnie niegrywalną. Tym razem jednak całość została zaprojektowana znakomicie. Nie ważne czy pod naszą kontrolą pozostaje jeden czy dziesięciu bohaterów — zawsze intuicyjnie i przyjemnie się nimi steruje skacząc, atakując czy biegnąc naprzód. Wystarczy że klikniemy dwukrotnie, a nasza różowa masa rusza przed siebie w zawrotnym tempie. Oprócz tego możemy zebrać wszystkich naszych podopiecznych w grupie, tworząc dla nich magiczną osłonę w której mogą przez kilka sekund lecieć nakreślonym przez nas wcześniej torem.

— Im więcej tym lepiej — Każdy świat zaczynamy mając w opiece tylko jednego Kirby’ego. Sukcesywnie zbierając owoce, tym samym napełniając paski mocy, zaczynamy przywoływać kolejne kopie. W sumie możemy mieć ich pod kontrolą aż 10. Każda z nich może zostać dwukrotnie zaatakowany przez wroga — po pierwszym razie sinieje, po drugim zamienia się w ducha. W tym czasie ktoś z ekipy ma jeszcze szansę ją uratować tak długo, jak nie odfrunie poza dostępny dla nas obszar. Ekran Game Over oglądamy dopiero wówczas, kiedy wszyscy nasi podopieczni dostaną skrzydeł i zaczną kierować ku górze. Oczywiście im nas na ekranie więcej tym lepiej — przesuwanie głazów czy walki z napotkanymi wrogami stają się wówczas nieporównywalnie łatwiejsze.

— To nie jest gra na dwie godziny — W Kirby: Mass Attack twórcy przygotowali dla nas aż 47 poziomów podzielonych na pięć światów. Dodatkowo na końcu każdego z nich czeka na nas jeszcze jedna lokacja będąca potyczką z groźnym bossem.

Całość została zaprojektowana z humorem i charakterystycznym dla Nintendo rozmachem — nie zdążymy się znudzić kolorami czy dodatkami. Niemal każda z lokacji różni się wykonaniem, co rusz to napotykamy nowe przeszkody i grupki wrogo do nas nastawionych istot. Przez większość czasu gra jest klasycznym dwuwymiarowym platformerem w którym cały czas idziemy w prawo, jednak zdarzają się urozmaicenia w postaci zarówno rozbujanych na boki wież (prawie jak statek w Uncharted 3) czy loty statkiem kosmicznym podczas których musimy rozstrzelać lecące w naszym kierunku meteoryty.

Oprócz tego w każdym z poziomów poukrywane są przed nami złote i tęczowe medale. Aby zdobyć je wszystkie musimy wykazać się nie lada refleksem, sprytem oraz instynktem detektywa. Jeżeli zechcecie bawić się w kolekcjonerów to prawdopodobnie przyjdzie wam przejść każdy, a już na pewno większość, poziom co najmniej kilka razy. Naturalnie jesteśmy za nie nagradzani dodatkami, które znajdziemy w zakładce Extras. A wśród nich m.in. grafiki, przypomnienie historii, odtwarzacz z muzyką czy mini-gierki.

Co mi się nie podobało?

— Dla kogo to gra? — Kirby jest wybitnie, nawet jak standardy Nintendo, przesłodzony. Ta różowa kulka jest słodko-słodka, a jakby tego jeszcze było mało — oblana hektolitrami lukru. Cukierkowa grafika, pastelowe kolory i wcale nie straszne, choć kąsające naszych bohaterów, stwory sprawiają wrażenie że jest to pozycja stricte dla dzieci. Utwierdza nas w tym jeszcze oznaczenie PEGI — gra jest bowiem od lat trzech. I zaiste, przez pierwszych kilka, a może nawet i kilkanaście, poziomów gra się łatwo, szybko i przyjemne. Jednak im bliżej końca tym gra staje się coraz bardziej wymagająca. Na tyle, że nawet mnie udało jej się kilka razy sfrustrować, a dwuwymiarowe platformówki towarzyszą mi od kiedy pamiętam. Nie wyobrażam sobie trzylatka który pokonuje ostatnie plansze bez wszechogarniającej go frustracji, płaczu i proszenia rodziców o pomoc. Brak punktów kontrolnych także nie poprawia sytuacji.

Podsumowując: Nintendo wie jak robi się gry ponadczasowe i uniwersalne. Kirby: Mass Attack jest pozycją która przyciągnie zarówno młodszych jak i starszych graczy. Intuicyjne sterowanie, historia wystarczająca na około dziesięć godzin zabawy (bez prób odnajdywania wszystkich medali, oczywiście) i kochani przez lat bohaterowie sprawiają, że nie można się od niej oderwać. Uważam że to pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika staroszkolnych gier platformowych. To niewątpliwie jeden z ostatnich tak wspaniałych tytułów na Nintendo DS, ale to właśnie dzięki nim konsola na długo zagości w pamięci graczy jako kolejna świetna platforma przenośna od wielkiego N.

Jak grałem? Przeszedłem wszystkie dostępne poziomy, nie bawiłem się specjalnie w poszukiwacza złotych medali. Za odkryte znajdźki odblokowałem kilka bonusowych mini-gierek, np. pinball z Kirbym w roli głównej, z którym również spędziłem kilkanaście minut.

Za udostępnienie gry do recenzji dziękujemy wydawcy, polskiemu oddziałowi Nintendo.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (0)




Powrót do góry