Były czasy, gdy każdy kojarzył gry nawiązujące do Władcy Pierścieni i to nie mówię tu tylko o produkcjach filmowych. Było tego przecież zdecydowanie więcej, choćby Trzecia Era bazujący na stylistyce japońskich gier RPG i wykorzystujący praktycznie system z Final Fantasy X. Do dzisiaj miło wspominam długie godziny spędzone grając w ten tytuł na PS2. Niestety potem to wszystko zaginęło, a zamiast tego pojawiły się bardzo przeciętne lub wręcz słabe gry pokroju Lord of the Rings: Conquest stworzone przez nieistniejące studio Pandemic. Warner Bros po odzyskaniu licencji planuje przywrócić marce dawną świetność i przygotować graczy zapewne na kolejną ofensywę przy okazji wypuszczenia filmowego Hobbita. Otwartą kwestią pozostaje czy Władca Pierścieni: Wojna na Północy od Snowblind to krok w dobrym kierunku?
Lord of the Rings: War in the North
Wydawca: Warner Bros
Deweloper: Snowblind
Platformy: Xbox 360 (recenzowana), PS3, PC
Co mi się podobało:
- Trzy postacie, jeden cel – Wszyscy dobrze pamiętamy spotkanie w Rivendell, na którym zawiązała się drużyna pierścienia. W Wojnie na Północy nie było wielkich słów, ale mimo wszystko krasnolud, elfka oraz strażnik z Arnoru podróżują razem, by pokonać popleczników Saurona. Podstawowe umiejętności mają podobne, jednakże dobór broni oraz dalsza specjalizacja powodują, że każdy z graczy powinien odnaleźć pasującą mu postać. Osobiście najlepiej się czułem dzierżąc dwuręczny miecz Dunedinem, ale specjalizując się w strzelaniu z łuku niczym Legolas.
- Historyczna spójność – Od zawsze najważniejsza była drużyna pierścienia z Frodem na czele, jednakże zwycięstwo przeciwko Sauronowi udało się dzięki wysiłkom wielu. Cieszy, że twórcy podeszli poważnie do tematu i pokazali nam znacznie więcej niż kalkę przygód powiernika pierścienia. Będąc młodszym lubiłem dzieła J. R. R. Tolkiena, więc tym bardziej doceniam wysiłek i pietyzm z jakim wspomina się tu o konkretnych postaciach, opisuje przygody Bilba, rozmawia o historii orłów. Grając w Wojnę na Północy mamy wrażenie, że ta część historii została wydobyta gdzieś głęboko z kufra Tolkiena, tak wiele jest tu drobnych wspomnień historycznych.
- Magiczny świat Śródziemia – Nie powiedziałbym, że Wojna na Północy to najpiękniejsza gra, jaką widziałem, ale jest coś magicznego w oglądaniu tych wszystkich miejsc, o których czytało się wcześniej w książkach. Nie jest to może główny szlak turystyczny Władcy Pierścieni, ale nadal nie zabraknie w nim ośnieżonych gór, wspaniałych kopalni krasnoludów czy mrocznej twierdzi Carn Dum. Snowblind skorzystało mądrze z bogactwa uniwersum dając nam bardzo przekrojową wędrówkę pełną pięknych miejsc i widoków, których sam Skyrim by się nie powstydził.
- Krwawa satysfakcja – Tolkien opowiadał historię Śródziemia, która może nie była pozbawiona krwi, ale na pewno nie była nią przesączona. Snowblind nie bało się zbroczyć posoką oręża i pokazało prawdziwe oblicze potyczek z hordami orków, bezwzględnymi Uruk-hai czy wielkimi trollami. Wojna na Północy to satysfakcjonująca jatka pełna czarnej krwi, odciętych kończyn i licznych dekapitacji.
- Drużyna północy – Wojna na Północy została stworzona pod tryb kooperacji i właśnie wtedy sprawdza się najlepiej. Nawet, jeśli nie macie nikogo znajomego pod ręką to warto spróbować gry publicznej może akurat traficie na wojownika chętnego do dołączenia do walki. Nie chodzi nawet o to, że sztuczna inteligencja zawodzi, ale jednak zyskuje sporo podczas zabawy z ludźmi, a sama walka jest wtedy bardziej satysfakcjonująca.
Co mi się nie podobało:
- Schematy, schematy, schematy – Największa wada Wojny na Północy to niestety schematyczność rozgrywki, która nie rozwija się w znaczący sposób podczas dość długiej kampanii. Oczywiście zdobywamy punkty doświadczenia, a wraz z tym wykupujemy nowe zdolności, ale są one wszystkie dość mocno do siebie podobne lub długo się aktywują, więc przez większość czasu po prostu strzelamy z kuszy/łuku/różdżki lub siekamy wrogów bronią białą. Nie pomaga fakt, że mało jest typów przeciwników (jak to w Śródziemiu), a gra dość często nadużywa naszej cierpliwości powtarzając wielokrotnie te same schematy rozgrywki – parcie do przodu, walka z bossem, obrona punktu (brama, wieża itp.). Zabrakło pomysłów na urozmaicenie zabawy.
- W pół drogi donikąd – Mam wrażenie, że Snowblind gdzieś w trakcie produkcji zagubiło się i samo już nie wiedziało czy robi grę akcji czy może RPG. Efektem tego mamy niby produkcję stojącą gdzieś na rozdrożu z rozwiązaniami z obu gatunków, ale w praktyce nie dostarczającą pełnych doznań w żadnym z nich. Przykładem niech będą zadania poboczne, które w grze zaskakująco występują, ale chyba tylko po to, żeby mieć odznaczone w kajeciku producenta. Podobnie ma się sytuacja z ekwipunkiem i ogólnym zbieraniem przedmiotów. W tego typu grach to podstawa, ale niestety w Wojnie na Północy raczej od niechcenia zmieniałem kolejne elementy uzbrojenia. Zabrakło silnego wyróżnienia zestawów i bardzo rzadkich przedmiotów. Bez tego trudno uruchomić swój zmysł zbieracza, do tego przyzwyczaiło nas mnóstwo tytułów.
- Sztywne dialogi – W zasadzie to wiąże się to z punktem powyżej, ale bardziej niż ich występowanie boli ogólny sposób przekazu. Statyczne postacie stojące naprzeciwko siebie i kwestie wypowiadane często bez wyrazu powodują, że w pewnym momencie zaczynamy przewijać je do przodu w poszukiwaniu kolejnych zadań. Zabrakło również większej chemii między postaciami – świetnie wspominam żarty Legolasa z Gimlim. Tak samo podobały mi się komentarze pomiędzy postaciami w Dragon Age. Tu był zestaw doskonały, ale niestety jedyne co mówią nasi bohaterowie to „potrzebuję pomocy” (po angielsku).
Podsumowanie: Szczerze mówiąc to jesteśmy w takim momencie po premierze, że spokojnie możecie rozważyć zakup Wojny na Północy. To całkiem dobra gra, potrafiąca wciągnąć na kilka wieczorów, chociaż dość szybko zaczyna powtarzać oklepane schematy przez co nuży. Wtedy najlepiej ją odłożyć na kilka dni, zrobić sobie przerwę i odsapnąć od przecinania setek orków, by na powrót odzyskać ochotę do walki. Ja tak zrobiłem i byłem zaskoczony, jak dużą różnicę to zrobiło w samym odbiorze tytułu u mnie. Oczywiście to nie jest pierwsza liga, ale jeśli znajdziecie dwóch kumpli do zabawy to spokojnie jest to inwestycja warta rozważenia, jak już przejdziecie wszystkie hity tej jesieni.
Grę do recenzji dostarczył polski dystrybutor, firma Cenega.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
@Gunpei: Będzie beka z fanboi Sony jak PS4 okaże się słabsze od MS i... Nintendo
co jak co ale z N to przeRóżne śmiesznostki znalezione w necie :)
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
KOMENTARZE (0)