Artykuły

Beniamin Durski Pierwsza wyprawa w świat Starej Republiki

W końcu nadszedł ten dzień, na który wszyscy fani MMO, Bioware oraz przede wszystkim wszyscy fani Gwiezdnych Wojen czekali. Wygląda na to, że 20 doczekamy się końca, a raczej początku wielkiej opowieści pod tytułem Star Wars: The Old Republic. Osobiście nie będąc jakimś morderczym fanem gier z gatunku Massive Multiplayer Online zasiadłem do najnowszej produkcji, w tym wielkim uniwersum, z otwartym umysłem gotowy na wszystko. Potem było intro…

Intro, którego przynajmniej kawałek większość z Was widziała, bo co roku na E3 Bioware wraz z Electronic Arts tak otwierało prezentację Star Wars: The Old Republic. Nie ma to jednak znaczenia, bo nadal robi ono kolosalne wrażenie, tak samo jak muzyka przygrywająca nam podczas zabawy. To bez zastanowienia najbardziej genialny element produkcji budujący atmosferę dla całości.


Pominę wprowadzającą część projektowania postaci, jako mniej interesującą i nie wpływającą na samą rozgrywkę. Zanim jednak przejdziemy dalej wspomnę tylko, że Bioware poszło w dużym stopniu na łatwiznę, bo w grze póki co zabrakło ras innych niż silnie humanoidalne. Twi’lek to najbardziej egzotyczny wybór, jakiego możemy dokonać, a przecież wszyscy pamiętamy chociażby mistrza Yodę sprawnie wywijającego mieczem świetlnym.


W samej grze pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to próba opowiedzenia jakiejś historii. Tak, nawet jeśli to tylko sprytnie ukryte wykonywanie powtarzalnych zadań to już na początek jesteśmy wrzucani w jakąś opowieść i próbujemy się w tym odnaleźć. Dla mnie to duży plus, bo we wszystkich wcześniejszych MMO, które miałem okazję sprawdzać wydawało mi się, że nikt o to nie dba albo nie podaje tego w przystępny sposób. Moją przygodę rozpocząłem jako rycerz Jedi, a w zasadzie jako uczeń szkolący się by nim zostać. Było to dla mnie pewnym sprawdzianem, bo w becie próbowałem się jako inkwizytor Sith i bardzo ciekawy byłem tego porównania pomiędzy początkami różnych klas i stron.

Wygląda to tak jak prologi w pierwszej części Dragon Age, poza oczywistymi punktami zwrotnymi, które muszą się wydarzyć pozostałe zadania były znacząco różne. Co by nie mówić i nie sądzić o ostatnich poczynaniach dewelopera to Bioware nadal znajduje się w pierwszej lidze, jeśli chodzi o gry RPG i widać, że w The Old Republic wcale nie spoczęli na laurach. Jest bardzo dużo dialogów i chociaż część to tylko proste oddanie zadania czy przekazanie przedmiotu to i tak miło widzieć, że ktoś wykonał dodatkową pracę, żeby tę scenkę przygotować, oskryptować ruchy postaci i przede wszystkim nagrać dialogi. Wiem, że było to powtarzane pewnie z milion razy, ale i tak uznaję to za na tyle ważne, by przypomnieć. Wszystkie postacie podczas scenek dialogowych mają nagrane głosy, dotyczy to również prowadzonej przez nas postaci, a trzeba pamiętać, że często mamy do wyboru kilka możliwych odpowiedzi. Jak zapowiadają twórcy ma mieć to rzeczywisty wpływ na historię naszej postaci, ale przyznam, że póki co większość z dokonywanych wyborów sprowadzała się do mniej lub bardziej bezczelnego podejścia do sprawy i/lub odrzucenia zadania dodatkowego.


Niestety tutaj nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił do popularnego dla Bioware koła dialogowego, gdzie widzimy skrócone wersje naszych odpowiedzi i czasem tylko symbol jasnej lub ciemnej strony mocy. To powoduje, że wybierane przez nas kwestie nie zawsze odpowiadają naszym zamiarom, bo nagle bohater odpowiada zupełnie sarkastycznie lub podnosi głos, choć sam tekst na to nie wskazywał. Podobnie jest z doborem którejś strony mocy, chcemy być tymi złymi, a to zupełnie nie odpowiada wybieranej opcji. Na szczęście sytuacje te są sporadyczne i nie psują w moim odczuciu pozytywnego odbioru wydarzeń na ekranie.

Jeśli chodzi o walkę to tutaj chyba nikogo nie zaskoczę, bo formuła obrana przez twórców jest chyba najbardziej oklepaną, z jaką miałem przyjemność obcować. Stajemy obok przeciwnika i na przemian wciskami ulubione kombinacje przycisków 1, 2, może 4, potem 5 i tak w kółko. W tym czasie nasi wrogowie robią to samo i walka wygląda przyjemnie i widowiskowo, choć raczej nie odpowiada to rzeczywistym standardom Gwiezdnych Wojen,  w których nie przypominam sobie dużej liczby osób wstających po przecięciu mieczem świetlnym. No, ale to MMO, więc ten typ gry musi rządzić się swoimi prawami.


Przyjemne za to jest wrażenie, gdy w końcu na drodze wykonywania zadań zdobywamy swój pierwszy miecz świetlny, przestajemy być uczniem, rozwijamy się i odlatujemy z początkowej planety. Na wstępie jesteśmy w sumie bardzo ograniczeni, bo wraz z poziomem nie możemy nawet modyfikować naszych statystyk, wszystko dzieje się samoistnie, a jedyne co robimy to wykupujemy ulepszone wersje umiejętności u mistrzów. Zresztą przez cały początek jesteśmy dość silnie prowadzeni za rękę, a gra na każdym kroku stara się wyjaśniać niuanse i wszystkie nowe elementy. Dopiero pod sam koniec prologu natrafiamy na nasze pierwsze flashpointy, czyli „lochy” z bossem do pokonania. Pierwszy raz jesteśmy również zmuszeni do współpracy z innymi osobami, ponieważ są to questy grupowe.

Wracając jednak do naszej postaci – od 10 poziomu i wyboru klasy zaawansowanej (jedna z dwóch) mamy już dostęp do drzewka umiejętności, co w końcu pozwala nam na dopasowanie rozgrywki do własnych upodobań. Dodatkowo w jednej z misji wieńczących prolog otrzymujemy do towarzystwa kompana, który jak mniemam jest odpowiednikiem zwierząt w innych grach. Interesujący pomysł, chociaż będąc na początkowej planecie wygląda to dziwnie, gdy wszyscy biegają z tym samym towarzyszem. Dalej dochodzą nam kolejne możliwości pokroju walk w kosmosie i craftingu przedmiotów. Nie grałem na tyle długo, by móc powiedzieć czy wszystkie te elementy na dłuższą metę okażą się odpowiednio ciekawymi, ale początkowe wrażenie robiły obiecujące.


Osobiście martwi mnie jedynie, że nie siedząc nawet całego weekendu przed komputerem byłem w stanie dobić samemu bardzo spokojnym krokiem do 15 poziomu doświadczenia. Gra nie miała jeszcze oficjalnie premiery, ale obawiam się, że jednak w cenie 180 złotych i pierwszego miesiąca abonamentu będziemy w stanie zobaczyć większość rzeczy, które ma do zaoferowania. Oczywiście osobnym aspektem jest walka w PvP i operacje, ale czy to wystarczy by utrzymać graczy takich jak ja na dłużej?

Wiem, że moje zdanie nie jest tak bardzo liczące, jak kogoś kto w World of Warcraft spędził sporo dni prawdziwego życia, ale moim zdaniem to tylko dowodzi jednego. Bioware miało rację przepowiadając, że są jeszcze ludzie niegrający w MMO, których The Old Republic przyciągnie do siebie. Jestem tego świetnym przykładem. Czy na długo pozostanę wierny? Nie wiem, to się okaże, gdy dotrę pewnie do końca fabuły i pozostanie mi tylko powtarzanie ostatnich operacji lub rozpoczęcie zabawy kolejną klasą postaci. Póki co dla mnie przygoda w uniwersum Gwiezdnych Wojen dopiero się zaczyna.

KOMENTARZE (5)

  • ufoman Grudzień 18, 2011 o 23:53

    Ładny xperl na trzecim linku... also 36h? O.o Przecież w takim skyrimie to można pierwszego questa z głównego wątku przez ten czas nie ruszyć, a tu taka kupa... DO WANT GW2 NAO

  • Altairus Grudzień 19, 2011 o 07:18

    Już od początku wiedziałem że głupotą jest robienie tradycyjnego MMO w świecie SW. Bo to do siebie nie pasuje. Gdyby zrobili coś pokroju eve online połączonego z dużą swobodą eksploracji wielu planet może i by coś z tego wyszło a tak mamy kolejnego klona WOWa. Tworzenie Jedi już na samym starcie rozgrywki to jakieś nieporozumienie.
    Wiem że to odpowiada większości ludzi, ale wydatnie spłaszcza całą rozgrywkę.

  • michaelius Grudzień 19, 2011 o 07:50

    No to czekamy na przejscie w system fre to play ;)

  • tudd Grudzień 19, 2011 o 11:06

    jest tylko jedna firma, ktora moze robic gry w modelu abonamentowym i zarabiac na tym porzadne pieniadze. reszta to mniej lub bardziej udane klony, ktore chca wykorzystac duze brandy zeby przyciagnac graczy ;)

  • Razer Grudzień 19, 2011 o 13:20

    Ah, wypada mi jedynie podpisać się pod powyższymi komentarzami (poza michaeliusem, bo raczej w to nie zagram :)

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.



Powrót do góry