Newsy

Mariusz Niechciani, nielubiani: z czarnym pudełkiem przez Amerykę

Narzekać każdy może. Jedni narzekają, bo takie mają hobby. Inni – bo z ich hobby źle się dzieje. Nadrabiając ostatnio sylwestrowo-noworoczne zaległości, “trochę” większe niż tylko “dzień po”, uhh, dokopałem się do serii wpisów podsumowujących stary rok. Patrzę sobie – wydarzenie. Myślę sobie – no wydarzenie. Jadę dalej i jest problem. Kolega Beniamin za wydarzenie 2011, które najbardziej utkwiło mu w pamięci przyjął sobie – jak to niewesoło ujął – ponowne niszczenie pewnej marki. Oho… Grubsza afera – dotarło do mnie. Ale jego wybór, jego święte prawo. A skoro narzekać każdy może, to może i ja się skuszę. Bo również pamiętam prawdziwe początki marki Need for Speed.



Black Box, Black Box, pieprzony Black Box…


Jakże często odnoszę wrażenie, że ludzie z tego kanadyjskiego studia, to najbardziej nielubiani ludzie z branży. Że cokolwiek by nie zrobili, to owoc ich pracy zaraz stanie się najbardziej niechcianym produktem w branży. Albo jeszcze wcześniej niż zaraz, bo nawet nie zdąży opuścić tłoczni. Jakże często czytam między wierszami, że The Run to gra totalnie spieprzona, bo wyszła spod szydła Black Box. Nie dlatego, że jest totalnie spieprzona. Równie często się zastanawiam, skąd przywędrowała ta moda. Ogranie dema nie pomogło mi wcale, nie znalazłem odpowiedzi. Ogranie pełnej wersji sprawiło, że zastanawiam się jeszcze częściej. I jeszcze bardziej żal mi jest “baranów z Black box”.



Wóz albo przewóz


Uwielbiam wyścigi. We wszystkich wariantach, jeśli wykluczyć F1. Do tej pory żadne z nich – nieważnie czy to arcade, czy mega-pro i w ogóle – nie wzbudziły we mnie tak skrajnie skrajnych emocji. Samo to sprawia, że The Run jest grą wyjątkową. A czy wyjątkowo udaną czy nie, to już inna para opon. Wyjątkowo pechową – na pewno. Wielki wyścig przez Amerykę ma dwie strony. Pierwszą – częściowo, aczkolwiek niezwykle starannie pokpioną stronę techniczną i drugą – tę lepszą stronę.


Dwie strony wyścigu: zła


Nie muszę wymieniać wad tej gry, bo te znajdziecie praktycznie w każdej recenzji, ale [...]


Nie musiałem czytać praktycznie żadnych recenzji, by dostrzec z jedną z tych skaz. I prawda, to nie przelewki – jest cholernie duża, smak psuje okrutnie i niech się wstydzą, “barany z Black box”. Albo nauczą na przyszłość, że jak się nie umie zaimplementować cofania w czasie, to się go nie implementuje. Bo później człowiek naprawdę ma wrażenie cofania i jest ono ciut za bardzo realistyczne. Wrażenie totalnego (za)cofania. A z dziesięć lat wstecz, co najmniej. Czasy wczytywania gry po kraksie potrafią doprowadzić do szewskiej pasji. Tym bardziej, że gdzie jak gdzie, ale w The Run dzwoni dzwon za dzwonem.


Naprędce wyspowiadałem się z wady głównej, więc wypadałoby podjąć kolejne, mniej główne. No właśnie. Chyba jednak będę musiał sięgnąć po te wszystkie recenzje 5/10, bo poza standardowymi przypadłościami występującymi w osiemdziesięciu siedmiu procentach gier, jakoś dopatrzeć się nie mogę. A że gra oszukuje? A niech oszukuje! Niech się coś dzieje przez cały wyścig. Niech nie będą tacy mądrzy ci, którzy jedną ręką dłubiąc w uchu chcieliby wpadać pierwsi na metę. A jak chcą być tacy mądrzy, to niech też oszukują. A że gra jest krótka? Heh.


Mirror’s Edge jest jeszcze krótsze!


Całkiem sprytna ta Faith. Wychodzi na to, że ja nie mniej – przeleciałem przez grę niczym błyskawica, ustalając wynik w okolicach godziny. I co? I do dziś wspominam to doświadczenie jako jedne z najlepszych w tej generacji. Pewnie kiedyś przyjdzie czas, że będę musiał poważnie się zastanowić, czy nie najlepsze w ogóle. I co? I nic. Porównanie może wydać się komuś tak samo sensowne, jak mnie sensowne wydają się być zarzuty co do długości The Run.



Dwie strony wyścigu: ta druga, czyli ta pierwsza


Przepisów na fajną samochodówkę na pewno byłbym w stanie spreparować kilka, a może nawet więcej. Nie wiem czy wśród nich znalazłby się przepis przypominający ten wg Black Box. Wątpię. Ale nie dlatego, że to zła receptura. Raczej przeciwnie… no właśnie – dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł? Czy tylko mi się wydaje, czy mamy tu do czynienia z ciekawą innowacją w całym tym świecie świszczących turbosprężarek, poślizgów, koni mechanicznych i co tylko? Nad samą fabułą nie będę się rozwodził, chyba każdy sobie zdaje sprawę z jakiego powodu, ale sam pomysł? Brawo Black Box. Za odwagę, za chęć zrobienia czegoś nietypowego, w czasach typowego odcinania kuponów. Oceniając filmowość przejażdżki ze wschodu na zachód poprzez pryzmat gier fabularnych, The Run wypada jak wypada, ale momencik – przecież tak nie wypada. I nikt o zdrowych zmysłach tak oceniać nie będzie. Need for Speed ma dostarczać prędkości, super-aut i super-tras. Dostarcza?


[...] po prostu jej nie kupujcie. Niech EA zrozumie, że nie warto robić z ludzi debili.


Za późno i nieprawda. Dostarcza.


Dostarcza naprawdę ciekawe, a przy tym malownicze i zróżnicowane trasy. Do faworytek zaliczę te położone w górach – zarówno w tych nagich, ukazujących swe piękno w pełnej okazałości, jak i tych pokrytych śniegiem, który w żadnym wypadku piękna im nie ujmuje (obydwa warianty uwieczniłem na screenach). Albo techniczne serpentyny, całe skąpane w kolorowych liściach, podgrzewanych jesiennym słońcem. Jest gdzie pojeździć, jest na czym oko zawiesić. Kozackich fur również nie brakuje, ale w to akurat chyba nikt nie wątpi. Czego więc niby brakuje? Bo z pewnością nie tytułowej prędkości i najzwyklejszej na świecie frajdy z jazdy. Czy to zatłoczone autostrady, czy miejskie uliczki – jest tak, jak ma być. Coraz dojrzalszy Autolog to kolejna cholerny pozytyw. Mam nadzieję, że niedługo zagości już na stałe w grach wyścigowych. We wszystkich.


Jak już wspomniałem, The Run wzbudza we mnie skrajne uczucia. Od bardzo nieprzyjemnych momentów frustracji wywołanych kolejnymi ekranami ładowania, po bardzo przyjemne emocje wywołane… po prostu, grą – one same się wywołują. Nie dlatego, że na okładce jest Need for Speed. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek zaliczał się do grona wielkich fanów marki, ale to właśnie bardzo przyjemne emocje wzięły górę nad resztą i sprawiły, że chyba zacznę się do nich zaliczać.



Nie przekonam przekonanych


Nie chcę. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt mądre i bez przyszłości. Zupełnie nie po to piszę ten tekst. Mam tylko nadzieję, że choć jeden na dziesięciu nieprzekonanych, zamiast ufać nieprzychylnym, często prześmiewczym opiniom, od których aż się roi tu i tam, postanowi jednak sprawdzić to, czego bronię. I niech się dobrze bawi. Można? Można.


I żeby było jasne: The Run nie jest grą wymarzoną. Do ideału jej daleko jak z San Francisco do Nowego Jorku. Mogłaby być lepiej zrobiona i w ogóle co by było gdyby. Jednak w moim odczuciu, w odczuciu odwiecznego fana samochodówek, absolutnie nie zasługuje na to, by mieszać ją z błotem. To naprawdę fajne wyścigi.

KOMENTARZE (11)

  • SirMike Styczeń 10, 2012 o 22:28

    Wszystko ładnie pięknie, ale... prawie 200 zł na premierze za przyjemność, która trwa ~2h? Gdyby gra była na XBLA to wziąłbym ją bez wahania. Nie dam się nabijać w butelkę.

  • Mariusz Styczeń 10, 2012 o 23:02

    Czyżby? 2h to bzdura i bezsens totalny. Ja sam spędziłem z The Run już ok. 15h (albo i więcej, nie wiem), w tym pewnie ~6 na tytułowy The Run. Przemyśl kto kogo nabija w butelkę. 2h to mógłbyś spędzić, gdyby gra Ci od początku nie podeszła, bo nawet The Run nie przejdziesz w te dwie godziny.

  • Cisek Styczeń 11, 2012 o 00:00

    W mityczne 2h grę ukończyli tylko nieliczni którzy poznali tajemne umiejętności perfekcyjnego każdego przejazdu, pominięcia wszędobylskich ekranów ładowania i obowiązkowych przerywników filmowych. Mike, 2h to bzdura, serio. A powszechny osąd w tej sprawie wiąże się z tym, że po ukończeniu kampanii wyświetla się czas czystego przejazdu ok. 2h 15m właśnie z pominięciem wszystkich naszych powtórzeń, loadingów itp. A cel ma to taki, że potem żyłujesz poszczególne odcinki i starasz się coś jeszcze ugryźć z uzyskanego czasu.

  • SirMike Styczeń 11, 2012 o 00:12

    Jak kiedyś gra pojdzie do Classicsow to moze ją wezmę. Demo mnie odrzuciło na kilometr niestety, glownie przez ekrany ladowania i zbyt mocno oskryptowane trasy.

  • Razer Styczeń 11, 2012 o 03:07

    The Run miało świetny pomysł o czym wspomniał Mariusz. Podróż przez stany niczym wyścig Gumball, zmieniająca się sceneria i klimat, różne miasta, wsie i pustkowia, super. Trasy są całkiem fajne, większość przewidziana do szybkiej jazdy z długimi łukami, jak tradycja starej szkoły NFSów nakazuje. W dodatku średnio co trzecia z nich wywołuje mimowolne "łał" swoim designem, wręcz unikalnym w światku wyścigów. Do dziś wspominam mokrą po deszczu drogę wśród zielonych pagórków (i to sine, burzowe niebo), albo "zaśmieconą" liśćmi krętą leśną drogę, wijącą się wśród gęstych, żółtych koron jesiennych drzew (pod sam koniec gry).
    Ale dwóch rzeczy nie mogę wybaczyć. Model jazdy, szczególnie drifty, to dwa kroki w tył w stosunku do poprzedniej edycji. W Hot Pursuit jeździło mi się idealnie, tutaj poślizgi tylko utrudniały jazdę. Druga rzecz to gumowa AI - nie wiem jaki szatan to wymyślił ale jest to głupie, absurdalne i psujące całkowicie przyjemność z gry. Po to wymyślono stopnie trudności (niektóre ścigałki mają ich nawet 5) żeby ustalić sobie poziom przeciwnika. A gdy widzę kolesia w słabszym aucie wyprzedzającego mnie bez problemu, który potem drastycznie zwalnia i perfidnie daje się wyprzedzić (by po chwili znowu mnie przegonić) to mi się słabo robi. Bezsens. Absurd. Załamka. Wydaje mi się że w starych NFSach tego nie było, albo było mniej widoczne. Dla tego HP i Run budzą we mnie skrajne uczucia, od uwielbienia po nienawiść. Aż się boję co magicy z Black Boxa wymyślą następnego.

  • skylight Styczeń 11, 2012 o 08:48

    @Cisek pisze:
    W mityczne 2h grę ukończyli tylko nieliczni którzy poznali tajemne umiejętności perfekcyjnego każdego przejazdu, pominięcia wszędobylskich ekranów ładowania i obowiązkowych przerywników filmowych. Mike, 2h to bzdura, serio. A powszechny osąd w tej sprawie wiąże się z tym, że po ukończeniu kampanii wyświetla się czas czystego przejazdu ok. 2h 15m właśnie z pominięciem wszystkich naszych powtórzeń, loadingów itp. A cel ma to taki, że potem żyłujesz poszczególne odcinki i starasz się coś jeszcze ugryźć z uzyskanego czasu.

    No ale to jak to jest w końcu ? Wszędobylskie ekrany ładowania i długie loadingi, które sztucznie zawyżają czas rozgrywki to ma być plus ?

  • Razer Styczeń 11, 2012 o 13:54

    Ekrany ładowania nie, ale sceny przerywnikowe pewnie tak.

  • Sialala Styczeń 11, 2012 o 17:01

    szybkie pytanie o to, jak to dziala - jest plynnie?

  • Mariusz Styczeń 11, 2012 o 23:14

    @Sialala pisze:

    szybkie pytanie o to, jak to dziala - jest plynnie?

    Na nawrotkach 180 stopni potrafi zamulić, zwłaszcza jak jedziesz w tłumie. Ale ogólnie jest dużo lepiej niż w demie i dużo gorzej niż byś sobie życzył. 30FPS.

  • Mariusz Styczeń 11, 2012 o 23:51

    @skylight pisze:

    No ale to jak to jest w końcu ? Wszędobylskie ekrany ładowania i długie loadingi, które sztucznie zawyżają czas rozgrywki to ma być plus ?

    Myśle że Cisek wszystko ładnie wytłumaczył. I ja, w akapicie z Mirror's Edge. Loadingi są wkurwiające, ale nie przyćmiewają gry.

ZOBACZ WSZYSTKIE KOMENTARZE NA FORUM

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.



Powrót do góry