To najtrudniejszy problem, z jakim przyszło mi obcować. To the Moon to uczucie, którego nie rozumiem do końca i którego jeszcze długo nie chciałbym zrozumieć. Nigdy nie miałem okazji towarzyszyć komuś, kto umiera. Do teraz.
To the Moon jest w zasadzie prawie nie grą. To dosyć mocna i poruszająca historia, która oprawiona została w charakterystyczny dla japońskich RPG styl z wyłączonym praktycznie w ogóle gameplayem. Otrzymujemy dzięki temu ledwo co interaktywną przydługą scenę, opartą na dialogach i klikaniu. W pierwszym momencie człowiek ma wrażenie, że totalnie nic się tu nie dzieje. Patrzy się na statyczny jak warszawska Kolumna Zygmunta krajobraz, klika się. Od czasu do czasu wyskoczy dialog. Klika się trochę więcej. Oczekuje się. Można by powiedzieć, że to historia oparta na patrzeniu, klikaniu i oczekiwaniu.
Nie na darmo jednak taki zabieg wykorzystano. Choć sam miałem niewiele wspólnego z umieraniem, łożem śmierci i temu podobnymi sprawami, łatwo mogę sobie wyobrazić, że właśnie w ten sposób wygląda oczekiwanie, aż ktoś umrze. Wiemy, że to co można było zrobić dawno już zrobiono. Pozostaje nam drętwy dowcip i błaha konwersacja, które są silnie naciąganą próbą zmuszenia mięśni twarzy do podjęcia wysiłku i wykrzywienia jej w uśmiech. I czekanie. Klikasz, patrzysz jak przewijają się dymki z dialogami. Nic nie zrobisz. Czekasz, klikasz jeszcze trochę. Chcesz uciec. Nie możesz, jesteś coś winny.
W historii autorstwa Kana Gao początkowo przedzierasz się przez wspomniane miałkie żarty z trudem, żeby zaraz potem zrozumieć. Umiera człowiek. Leży na łożu śmierci, niby z nami rozmawia, niby żartuje, ale wszystko jest naciągane. Próbujesz uśmiechać się przez łzy. Próbujesz powstrzymać nadchodzące z każdej strony silne emocje, które nie chcą za nic w świecie ułatwić pożegnania. Potem czekasz. Klikasz jeszcze trochę.
Jak zatem grać w grę o umierającym człowieku? Tu nie chodzi o granie, nie chodzi o klikanie, mechanikę, grafikę, czy nawet rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. Chodzi o to, że nadchodząca śmierć w rzeczywistości nie ma miejsca, nie ma znaczenia. Liczy się to, jak postrzegają ją obserwatorzy, ci którzy zostaną i zapamiętają obraz życia umierającego. Jak później sami będą ten obraz malować.
W zasadzie na tym właśnie polega To the Moon. Należy poznać głównego bohatera – Johna – potem zaś namalować jego życie i podjąć ważną decyzję. Pomóc mu, albo nie, w spełnieniu marzenia. Trochę jakby zabawić się w Boga. Jak jednak poznać kogoś, kto nie może mówić, nie ma krewnych, bliskich, przyjaciół? Jak rozsądzić czy wysłać go na księżyc spełniając marzenie jego życia czy też nie. Zasłużył na to? Jak podjąć decyzję?
W To the Moon wcielimy się w rolę dwóch doktorów dysponujących narzędziem, dzięki któremu możemy podglądać wspomnienia. John ma całą masę wspomnień, częściowo zamazanych. Musimy sobie zatem pomóc odnajdując przedmioty, które miały znaczenie w jego życiu. I tak odnajdując papierowego królika orgiami dowiemy się o jego żonie, o tym, jak bardzo ją kochał, o tym jak wielkich poświeceń dla niej dokonał. Nie będę opowiadał o tym, co odnajdziemy i jakie możemy wyciągnąć wnioski z naszych znalezisk. Dość wiedzieć, że prędzej czy później John stanie się nam bliski, jak brat. Każde jego wspomnienie stanie się Twoim.
To the Moon jest wyzwaniem. Nie tyle w klasycznym znaczeniu tego słowa odnoszonego do gier. Jest wyzwaniem, aby o tym napisać, bo pisanie o tej grze to po prostu jedno wielkie zdradzenie treści. A tego zrobić nie mogę. Mogę powiedzieć tylko, że granie w To the Moon dostarczyło mi wrażeń, których próżno szukałem w innych grach. I to nawet nie dlatego, że w jakiś sposób identyfikuję się z głównym bohaterem, ale dlatego, że poddałem się bezwiednie sugestiom emocji. I mam nadzieję, że Wy poddacie się również. Bo ile gier może sprawić, że rozpłaczesz się nad umierającymi pikselami?
Nie wiem, ta na pewno może.
Grę można kupić bezpośrednio na stronie Freebird Games.
Sincere thanks to Kan Gao for making the review possible.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
Crytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@Razer: @mrkort pisze: Granie offline = olschool. Lubię Tiaaa, jakich to czasów dożyliśmy, żeby granie o
Crytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@mrkort: Granie offline = olschool. Lubię
Tiaaa, jakich to czasów dożyliśmy, żeby granie offline = oldschoCrytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@Razer: (...) Z resztą co ja tam wiem, praktycznie nie gram online.
Trochę prawdy w tym co piszesŚwinie z amnezją wyskoczą z maszyny i wystraszą nas na śmierć
Klasyczne przygodówki nie umarły — nadchodzi Journey Down
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
PS Vita - Gdzie najlepiej zlozyc PRE-ORDER,Gdzie najtaniej?
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
KOMENTARZE (2)
I cholera to jest właśnie potęga gier Indie. Jak ktoś ma rewelacyjny pomysł, to praktycznie wszystko można tutaj zmajstrować, a później pozytywnie zaskakiwać ludzi. Po tej recenzji to teraz w trakcie sesji będę już musiał jakoś wyłuskać trochę czasu żeby ograć tytuł ;).
Jestem w trakcie tej gry i jak na razie mam dość różniące się odczucia, zobaczymy co będzie kiedy dojdę już do końca.