Newsy

mrkort Czy warto kupić Dustforce? [recenzja]

W grach poszukuję nietypowych elementów. Gdy tylko usłyszałem o Dustforce, które polega na tym, co określa się mianem „konserwacji powierzchni płaskich” stanąłem w obliczu swojego żywiołu – „gier z czymś dziwnym w środku”.


Dustforce, w odróżnieniu od większości gier, które recenzowałem w swoim życiu, ma w zasadzie nieistniejącą fabułę. To gra całkowicie oparta na rozgrywce. Platformówka, w klasycznym ujęciu dwuwymiarowym, w której celem jest wyczyszczenie wszystkiego z różnorakich brudów. Od liści, po gluty. Całość wrażeń z gry opiera się na odbiorze całkiem udanej oprawy wizualnej, nienajgorszej muzyki oraz tego, co często doprowadza mnie do złości i tysięcy przekleństw na minutę, małpiej zręczności.


Platformer od Hitbox Team wyróżnia się oprawą graficzną. Zwykle o tego typu rzeczach nie mówię, jednak tutaj muszę. Mamy tu do czynienia z żywą paletą kolorów, która – w związku z tematyką – wymiata. Ciekawe minimalistyczne podejście do postaci pozwala skoncentrować się na tym co ważne, na samej rozgrywce. Co ciekawe, środowiska plansz są jednocześnie proste i kwitnące życiem, zupełnie jak w przypadku starożytnych już, klasycznych filmów animowanych ręcznie. W filmie Michael, gdzie Travolta grał anioła, główny bohater mawiał: „co by nie mówili, to nigdy nie jest za dużo cukru”, tak patrząc na Dustforce mogę powiedzieć: „nigdy nie nadejdzie moment, gdy pastelowe cel-shadingowe podejście do oprawy graficznej gier stanie się nudne”.


Założenia są banalne, wybierasz pokój w czymś w rodzaju – nazwijmy to bardzo umownie – „centrum sprzątania” i zaczynasz sprzątać. Po prostu, ot tak. Biegasz z miotłą, czy odkurzaczem w zależności od wybranej postaci i zamiatasz aż się kurzy. Zupełnie jak w każdej platformówce, albo większości, biega się w każdym kierunku, skacze, ślizga. Zupełnie nic odkrywczego, choć nawet po latach ogrywania platformerów, jest to wciąż zabawne. Do tego wszystkiego z wyposażenia naszych sprzątających możemy również zrobić użytek okładając biedne, oklejone brudem stworzonka. Po kilku poziomach będziecie musieli przyznać, że nie ma nic zabawniejszego od okładania miotłą niedźwiedzia po głowie, aż opadną z niego wszystkie liście (wiem jak to brzmi).



Głównym celem w każdym kolejnym poziomie Dustforce jest nie przestawać się poruszać. Ten, znany z Mirror’s Edge, „flow” jest niezbędny, aby odblokowywać kolejne poziomy, jak również śrubować wyniki w tabeli. Często jednak, gdy już otrzymamy ocenę naszego przejścia poziomu jako najwyższy możliwy wynik, nadchodzi załamanie. Otóż w tabeli, choć grałem w Dustforce jeszcze przed premierą, pojawiają się wyniki po prostu z kosmosu. Całe szczęście można zobaczyć powtórki, co przywodzi na myśl niektóre filmiki autorstwa „profesjonalistów” z Ikaruga, czy też innych dziwaków przechodzących kolejne plansze w Super Meat Boy w przeciągu pięciu sekund. Tak jest, jestem zazdrosny!


To, co odróżnia Dustforce od Super Meat Boy, zdobyło tej grze moje serce. Tutaj nikt nie zostanie rzucony na głęboką wodę, gra posiada coś, co amerykanie określają mianem „easy learning curve”. Chodzi tu o to, że gra przystosowana jest do poziomu każdego gracza i powolutku się rozkręca będąc jednocześnie dosyć dużym wyzwaniem. Mnie masochizm, który opanował platformówki całkowicie już zmęczył (Kubę również – przypomnijcie sobie recenzję Rayman Origins). I choć poziomy różnią się głównie wystrojem oraz ułożeniem platform, to trzeba przyznać, że wszystko wykonane jest z dbałością o szczegóły, a poziom kreatywności autorów pozwala przetestować naszego „skilla”, jak to mawiają gracze.


Sam system walki sprowadza się do naciskania dwóch przycisków odpowiedzialnych za „mocny atak” i „normalny atak” oraz kombinację obu – nazwijmy to– „specjalny atak powierzchniowy”. Nic nadzwyczajnego. Pojedynczy przeciwnicy to nic innego jak kilkakrotne wciśnięcie „wszystkojednoktóregoprzycisku”. Niemniej jednak walka prezentuje się satysfakcjonująco, gdy zbliżamy się do końca poziomu, gdzie czeka na nas grupka stworków. Naładowanie paska „specjalnego ataku powierzchniowego” po czym wpadnięcie w grupę zwierzątek i odpalenie go jest naprawdę zabawne. Szczególnie w połączeniu z efektem „bullet – time”, który pojawia się gdy wykończymy ostatniego wroga.


Co tu dużo rozprawiać, Dustforce jest przykładem kolejnej platformówki. Przykładem doskonale wykonanego, zbalansowanego, wyposażonego w tryb rozgrywki dla wielu graczy kolejnym odświeżeniem gatunku. Niestety, w związku z faktem, iż grałem w przedpremierową wersję gry, nie miałem jak wypróbować trybu multiplayer i naprawdę bardzo tego żałuję. Do tego wszystkiego Dustforce daje nam coś, czego nie da nam żadna inna gra.


Osłupiające wrażenie bycia dozorcą – ninja!



Gra dostępna jest od 17 stycznia w cyfrowej dystrybucji za pomocą Steam.

Thanks to Hitbox Team for making the review possible.

KOMENTARZE (0)

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.



Powrót do góry