Kamil, znany również jako Berlin, i Maciek, ten Niezgrany, po raz kolejny dzielą się z Wami porcją swojej prywatnej korespondencji. Tym razem dłużej i intensywniej i na temat Okamiden i bogów.
W poprzednim odcinku: Poprosiłem Śmiertelnie Poważnego żurnalistę Berlina z CD Action, aby pomógł mi zrozumieć Japonię. Z bełkotu listownego wynikło, że powinienem spróbować pograć w Okamiden. Biegałem i latałem, aż w końcu mi się udało wypożyczyć od znajomego żurnalisty Michała Króla (DZIĘ-KU-JĘ!) konsolkę Nintendo DS z załączonym Okamidenem. I co się przydarzyło? Oj sporo. Przeczytajcie sami.
Do: Kamil “Berlin” Krupiński <burnberlinburn@gmail.com>
Temat: Bogowie przez pryzmat Okamiden.
Hej Berliński!
Daruję sobie “kochanego”, bo ostatnio jakoś Ci nie pasował. W każdym razie przejdę do rzeczy, gdyż wszystkie te ostatnie Internetowe zadymy mnie wykończyły i marzę po prostu, aby się wreszcie wyspać.
Pytałeś, cóż takiego odrzuca mnie w japońszczyźnie. Prawdę powiedziawszy powiem: “nie mam zielonego pojęcia”. Jakoś ogólnie nie jestem w stanie strawić takiego starcia dwóch – oczywiście dla mnie – różnych klimatów, które mają tendencje do łączenia się ze sobą w japońskich dziełach, to jest takiej infantylności w próbie zrozumienia poważnych problemów. Wyssany z palca przykład: próba zrozumienia co dzieje się po eksplozji bomby atomowej malowana przedszkolnymi kredkami świecowymi z akompaniamentem niezbyt rytmicznych cymbałków. Widzisz, to bardziej odczucie, niż jakiekolwiek sensowne przemyślenie z mojej strony. I do tego wszystkiego, jak już wyznaję swoje grzechy, to trochę tak jak z matematyką w liceum: “nie, bo nie”. W japońskiej myśli projektowej w odniesieniu do naszych tematów oczywiście, również martwi mnie to przerysowanie, szczególnie w kobiecych postaciach. Wiesz, może to z tego względu, że dla mnie najseksowniejsza kobieta, to ta, która siedzi na kanapie w salonie w dresowych spodniach z włosami związanymi w kitę i w okularach na nosie czytająca książkę autorstwa swojego ulubionego grafomana. Jakoś długie nogi, na które potem często trudno kupić porządne spodnie, czy olbrzymie, jak mawiał poeta, “niebieskie oczy”, na które z kolei ciężko dostać stanik, nigdy nie były moimi fantazjami. Po prostu. Teraz masz informacje, to wiesz co i jak u mnie.
A teraz powiem “wow”, i bynajmniej nie idzie mi o MMO od Blizzarda. Wybacz, ale po prostu Okamiden mnie zmiażdżył. To jest jakieś niesamowite. Pierwszy raz byłem bogiem, a w zasadzie jestem, bo gram po raz drugi. Ta gra, to coś czego nie było. Nie mam pojęcia, może to jakiś ewenement. A co tam, mam nadzieję, że to ewenement, bo inaczej okaże się, że zmarnowałem długie lata nie patrząc w stronę Kraju Kwitnącej Wiśni.
Wiesz na pewno, a może i nie, że religie to generalnie taki mój konik. Nie jestem może znawcą, ale jakieś tam podstawy posiadam. Zawsze interesowało mnie to, co rozbudzało ludzką wyobraźnie i to w jaki sposób starano się wytłumaczyć to, czego nie rozumiano. To co uderza mnie w Okamiden, to ten powrót do korzeni naszej cywilizacji, pod kątem religijnym. Pamiętasz mądre “panta plere theon”? Wszystko pełne bogów, tak? Poczułem się zupełnie, jakbym stał się jednym z bożków panteonu greckiego, albo lepiej, jednym z mieszkańców Asgardu schodzącym w Midgard naprawiać świat.
Wiesz, nie byłem Thorem, czy Zeusem, nie mogłem wywrzeć piorunującego wrażenia na tych, których spotkałem. Ale byłem małym Chibiterasu, który choć nie może wiele, to jednak robi to, do czego ludzie go wymyślili i po to, aby wykonać robotę, którą powinien, bo ludzie w to wierzą. Zupełnie jak w “Amerykańskich bogach” Gaimana. Nie byłem bogiem wszechmogącym, ale gdy szedłem wokół mnie rosły kwiaty. Musiałem stosować się do zasad – malowanie – przywołanie słońca, to tyle i tyle atramentu potrzebnego do wykaligrafowania odpowiedniego znaku. Robiłem to, do czego stworzyli mnie wierni. Niesamowite wrażenie.
I całkiem smutne jednocześnie. Będąc bowiem bogiem, nie mogłem uleczyć dziewczynki, która chciała ostatni raz zobaczyć fajerwerki. To przecież niesprawiedliwe. Dlaczego jako bóg nie mogłem jej pomóc? Bo nie do tego mnie stworzono. Zatem oficjalnie stwierdzam, że Okamiden połamał wszelkie From Dust, Black and White i inne tego typu bzdurne produkcje, gdzie miałem być bogiem, a byłem niańką pilnującą moich wiernych – bachorów bawiących się w piaskownicy i nie potrafiących suchą nogą przejść przez strumyczek.
To co mnie zaskoczyło w przygodach małego białego wilczka to fakt, że to co zwykle mnie odrzucało, o czym przed chwilą Ci pisałem, tutaj, jak mówią na budowie: “robi robotę”. To zderzenie infantylnej muzyczki z trochę kaligraficzną kreską i zatrważająco poważnego problemu zdaje się być nie tyle nawet zamierzone, co po prostu jest chyba jedyną słuszną drogą. Naprawdę chciałbym, aby tego typu gra powstała w oparciu o panteon greckich bogów i nie, nie chcę God of War, choć pomysł ciekawy, tak jak nie chcę połączenia Rune i Asatru. Chcę europejskie Okamiden, osadzone w naszej kulturze.
Dzięki, że wskazałeś mi tę grę. Całkiem serio.
Powiedz co teraz, bo jestem trochę bliżej Japonii. Ale w dalszym ciągu jestem przekonany, że gry pokroju Okamiden są tworzone raz na bardzo, ale to bardzo długi czas. Pewnie następnej produkcji tego pokroju nie dożyję. I bardzo żałuję.
Pozdro,
m.
Do: Maciek “kort” Merkułowski <maciej.merkulowski@niezgrani.pl>
Temat: RE: Bogowie przez pryzmat Okamiden.
Yo, Kortu!
Nawet nie wiesz jak kuszącą perspektywą jest walnąć się do wyra właśnie w tym momencie, spać przez pełne dwa dni i potem świecić oczami wszystkim, którzy czegoś chcieli — te tygodnie dwa ostatnie, to jakiś festiwal kawy z papierosami. I bardzo ci się dziwię, że rzucasz palenie akurat na początku tak fascynującego roku, na jaki zapowiada się 2012…
W każdym razie – jest dokładnie tak, jak się obawiałem, że jest! Mam wrażenie, że Ty po prostu chcesz żeby japońskie gry robili europejczycy i amerykanie, albo jeszcze lepiej: żeby każda skośnooka gierka przechodziła przez retusz na granicy. Piszesz o “starciu dwóch klimatów”, które się od siebie różnią – i trafiasz w sedno, bo właśnie na tym to wszystko polega: na absolutnie niepasujących do siebie kontrastach, które wydają nam się dziwne i zwariowane… a wcale nie są (teoretycznie!), albo być nie muszą.
Bruczkowski w swojej “Bezsenności w Tokio” stwierdził, że Japończycy mają wrodzoną umiejętność widzenia selektywnego. Wspominała chyba o tym też Bator w swoich “memłarach”, o ile dobrze pamiętam, a chodzi w skrócie o sposób patrzenia na świat, kiedy widzisz tylko określony jego wycinek – akurat ten który chcesz oglądać. Dlatego kiedy idą po mieście i patrzą na kwitnącą wiśnię, a tuż obok są wieżowce i leżąca sterta śmieci, widzą tylko wiśnię i nic więcej. Wydaje mi się, że można i należy pociągnąć to dalej: my powinniśmy wypracować sobie właśnie taki sposób patrzenia, kiedy tylko podchodzimy do japońskich gier.
Bo kiedy spróbujesz potraktować je jako logiczną całość, to szybko okaże się, że to kompletnie nie ma sensu i wiele trudu sobie przy tym nie zadasz. Jakim cudem Zidane może mieć ogon, lat szesnaście i ratować wszechświat razem z białym stworem z wywalonym na wierzch jęzorem przebranym za kucharza? U nas to byłoby nie do pomyślenia! Ratować świat może tylko ścięty na milimetrów trzy, napompowany sterydami amerykański żołnierz, a i koniecznie na stacji kosmicznej, albo w okolicach. Widzisz: kiedy patrzysz na japońską grę – wydaje mi się – nie potrafisz ułożyć poszczególnych elementów w jedną, spójną układankę. I nie ma się co dziwić, bo z reguły kwadratowe klocki nie mieszczą się w okrągłych otworach.
Japończycy w swoich grach marzą i to marzą bardzo mocno, w przeciwieństwie do zachodu. Nie ograniczają swoich fantazji realizmem graficznym (może nie potrafią?), ograniczają realizm i codzienność w obrębie swoich fantazji. Ale to chyba niejasne trochę, nie?
Japończycy wymyślają gry, którym daleko od codzienności: od wiadomości w telewizji, od życia w ogóle. To od nich dostałeś te wszystkie fantastyczne światy, po których biegasz fantastycznymi postaciami. I nie chodzi mi o orków z toporami, czy jakąkolwiek fantastykę, bo to wszystko bazuje na Tolkienie i jest już cholernie nudne i oklepane. Chodzi mi o – pierwszy przykład z brzegu – Xenoblade, w którym twój świat położony jest na zwłokach zastygłego w wiecznej walce potwora/robota/Boga/czegokolwiek. To od Japończyków właśnie dostałeś te najbardziej absurdalne gry, które w jakiś sposób zmierzyły się z typowym dla nas myśleniem o rzeczywistości przedstawianej w… nie wiem, dziełach sztuki? Strasznie górnolotny jest ten akapit, ale stężenie kofeiny w mojej krwi przebiło już granice normy więc teraz będzie tylko gorzej. Ostrzegałem!
Japończycy nie boją się fantazjować i robią to ciągle. Ich kobietom biusty zaczęły rosnąć na poważnie po drugiej wojnie światowej – wcześniej nie były nawet czymkolwiek, co facetów w tamtych rejonach świata podniecało. Popatrz więc na mangę, czy anime: tam co chwilę pojawiają się arbuzy doczepione do malutkiej klatki piersiowej przesłodkiej uczennicy, którą zaraz ktoś brutalnie… Wiesz o co chodzi. Fantazje, fetysze, wyobrażenia – tak można określić elementy układające się w japońskie gry, w przeciwieństwie do naszych, gdzie prawdopodobnie trzeba by zastąpić to wszystko podporządkowaniem się obowiązującej modzie i kanonom piękna. Gdybyśmy mieli w Europie amerykańskie gry komputerowe w latach pięćdziesiątych, to – brutalnie mówiąc, ale przekaz będzie jasny – widzielibyśmy w nich kobiety zarośnięte włosami łonowymi po pępek ratowane z jakiejś opresji przez kolesi z wąsami. Japończycy w tym czasie kierowaliby pewnie wielkim robotem z przyrodzeniem wielkości World Trade Center i zapładniali Kobietę Księżyc ubraną w strój francuskiej pokojówki z twarzą pomalowaną w prognozę pogody. Jesteśmy cholernie konserwatywni, wiesz?
Grając w japońskie rzeczy trzeba liczyć się z infantylną otoczką, która podoba się ichniej młodzieży: tam ma być przecież słodko, ślicznie i jeszcze ma mrugać jak choinka z tandetnymi lampkami prosto z Tesco. U nas za to ma być szaro, brudno i ewentualnie w sepii, żebyśmy wiedzieli z jak bardzo poważnym problemem mamy do czynienia. Na przykład, nie wiem, strzelaniem do kosmitów? Albo strzelaniem do potworów z kosmosu? Albo do żołnierzy z kosmosu? Albo do kosmosu po prostu?
Popatrz za to na jedną z moich ulubionych serii gier: Final Fantasy. Jeżdżąc na przerośniętym kurczaku po mapie dowiadujesz się w siódemce, że jesteś albo klonem, albo dzieciakiem z urojeniami, albo jeszcze czymś innym, a koleś, którego podziwiałeś oszalał, bo był ofiarą eksperymentów genetycznych, które jako jeden z nielicznych przeżył nie zmieniając się w potwora. I w sumie mógłbym zrobić z tego zdanie wielokrotnie podrzędnie, nadrzędnie, niesamowicie, strasznie złożone wgłębiając się w fabułę, ale nie ma potrzeby.
Bo jeździsz na kurczaku.
Rozumiesz o co mi chodzi? To, że nie jesteś w stanie wepchnąć drewnianego, kwadratowego klocka w okrągłą dziurkę nie znaczy, że on tam w jakiś sposób nie pasuje. Może po prostu musisz inaczej spojrzeć na to wszystko, pamiętać że łyżka nie istnieje? E=mc2? Coś w tym stylu? Nie?
Wracając jednak do Okamiden, do boskości – cieszy mnie bardzo to, że spotkałeś dziewczynkę, która chciała zobaczyć fajerwerki. Właśnie o tym chciałem ci napisać przy okazji tej gry, właśnie o tym momencie, kiedy rozumiesz, że cała twoja boskość jest tylko narzędziem w rękach wiernych, a nie na odwrót, jak to nasze chrześcijańskie umysły przyzwyczaiły się ją widzieć. Podobało mi się Black & White, przynajmniej w teorii bo z powodu chorego sterowania nigdy poza drugą wyspę nie wyszedłem, bo nacisk kładło na twoją relację z chowańcem – to była dla mnie zawsze gra o relacjach między człowiekiem, a jego podopiecznym w postaci psa, czy kota… I chyba tutaj trochę rozminąłem się z wizją twórców, bo w żaden sposób relacji pomiędzy bóstwem, a wiernymi tam nie uświadczyłem: byli tylko jakimiś cholernie irytującymi gnojkami na mojej drodze, którzy przeszkadzali mi we wszystkim i denerwowali gdzie tylko bym się nie ruszył. Albo ja nie zrozumiałem, albo im nie wyszło – nie wiem, w każdym razie wiem, że chyba tylko Populous z zachodnich gier dał mi jakkolwiek odczuć “szamańskość”, czy też boskość… Ale to i tak w sposób inny, niż Okamiden. Tam byłem czarodziejem, który jak Potter strzelał z różdżki jakimiś fajerwerkami, a jedyne co ode mnie zależało, to przejście do następnego levelu, albo game over. Nie czułem żadnej więzi z “wiernymi”.
I dobry przykład dajesz z Gaimanem, bo to świetna książka. Doskonale obrazująca tragiczny los bogów, o których zapomniano i którzy mogą co najwyżej bosko wkręcać ludzi w kupowanie skrzypiec. Mniej więcej tak czułem się będąc biednym Chibi, który nic nie może, a jednocześnie jest bardzo potrzebny. Zauważ jak świetne jest to w Okamiden, że to sequel… i nikt w ciebie nie wierzy, bo wyczyny twojej matki są już praktycznie legendą. Good shit, jak to się mawia nowocześnie.
Zastanawiam się czy jesteś w stanie spojrzeć na te gry wykluczając denerwujące cię elementy – czy jesteś w stanie przyjąć wielowątkową, skomplikowaną fabułę wyrzucając z pięknego obrazka kurczaki? Czy infantylny sposób opowiadania historii rzeczywiście musi przekreślać to, jak je odbierasz? Pamiętaj, że przygody Guliwera też traktuje się jako bajkę dla dzieci, a nie satyrę polityczno-społeczną, a historia zna wiele, wiele przykładów podobnych do Guliwera właśnie. Poza tym: czy skoro publiczność uwielbia androgenicznych chłopców z mieczami należy przekreślać historie opowiadane za ich pomocą?
Pozdr,
Ber
Więcej w następnych Listach z Berlina. Jeżeli macie ochotę pogadać, to można nas złapać na forum Niezgrani.pl, albo Berlina (@everybodykuksu) oraz mnie (@imkort) na Twitterze.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
Crytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@Razer: @mrkort pisze: Granie offline = olschool. Lubię Tiaaa, jakich to czasów dożyliśmy, żeby granie o
Crytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@mrkort: Granie offline = olschool. Lubię
Tiaaa, jakich to czasów dożyliśmy, żeby granie offline = oldschoCrytek chce rewolucji i buduje GFACE społecznościowy serwis dla graczy
@Razer: (...) Z resztą co ja tam wiem, praktycznie nie gram online.
Trochę prawdy w tym co piszesŚwinie z amnezją wyskoczą z maszyny i wystraszą nas na śmierć
Klasyczne przygodówki nie umarły — nadchodzi Journey Down
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
PS Vita - Gdzie najlepiej zlozyc PRE-ORDER,Gdzie najtaniej?
PS Vita -- o platformie i grach luźne rozmowy
KOMENTARZE (4)
Wybaczcie mi niegrzeczne wtrącenie się do waszej korespondencji i wrzucanie swoich trzech groszy nie do końca na temat.
Dlaczego zachodnie dzieła pop kultury nas nie dziwią i tak nie odrzucają w porównaniu do japońskich, a może nie do końca tak jest?
Czy bohaterowie zachodnich komiksów są mniej przerysowani niż ich japońscy bracia?
Czy uniwersum Star Wars bardzo się różni od światów Final Fantasy?
Czy jedno jest bardziej wiarygodne od drugiego i mniej infantylne?
Co jest ok, a co nie: Transformers vs Gundam ?
Któż zna odpowiedź na te pytania? Może to japońskie szaleństwo wcale nie jest tak nam odległe? Może to tylko stylistyka nam przeszkadza w odbiorze? A może po prostu szukamy tam gdzie nie trzeba lub nie szukamy już wcale przez uprzedzenia. Czego oczekujemy od japońskiej pop kultury, może oczekujemy zbyt wiele?
PS. w razie czego zignorujcie moje bezczelne wtrącenie ;) Pozdrawiam i czekam na kolejny tekst.
Bardzo miło czytało mi się część drugą. Tak samo bardzo mnie też cieszy, że istnieją ludzie potrafiący z dystansem i zrozumieniem ocenić japońską pop-kulturę.
Pomijając sam ten cykl, mam nadzieję na więcej charakterstycznych tekstów, czy też newsów na Niezgranych. Więcej luźnych news'ów od Jakuba o tenisówkach z Asuką z NGE, czy innych bzdurkach. Nie ma co "kalkować" innych serwisów, przynajmniej ja w tym sensu nie widzę.
Dlaczego zachodnie dzieła pop kultury nas nie dziwią i tak nie odrzucają w porównaniu do japońskich, a może nie do końca tak jest?
Właśnie gł dlatego że są z innego kręgu kulturowego. Niektórym taka stylistyka nie pasuje tak jak niektórym nie podobają się bawarskie krótkie spodenki i czapeczki z piórkiem.
Ot taki folklor nikt nikogo na siłę nie zmusza, ale dobrze jest chociaż spróbować i się przekonać.
@Altairus
Racja.
Do tego uważam że argumenty takie jak "infantylność" i "przerysowanie" japońskich produkcji można włożyć między bajki. Że nie ma znaczenia, czy japońskie czy zachodnie, i w jednym i drugim można znaleźć coś fajnego jak i badziewnego.
Czy długonogie i wielkookie dziewczyny są bardziej żałosne niż napinający mięśnie faceci w kolorowych getrach i majtkach na wierzchu?