Deszczowy maj ‘97, matura z polskiego, ostatni koszmar do przejścia celem ostatecznego wyzwolenia się z sieci tortur humanistycznych. Rozwijając temat „Literatura uczy, bawi i wychowuje” poza szeregiem lektur powołuję się na „Limes Inferior” Janusza A. Zajdla. 14 lat temu ta książka wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłem pisać o niej na egzaminie dojrzałości (pisanie o nielekturach w klasie mat-fiz-inf było wyczynem porównywanym z lądowaniem na księżycu). Maturę zdałem, o większości lektur zapomniałem, książki autorstwa Zajdla mają jednak stałe miejsce w mojej biblioteczce, a do wspominanego „Limes Inferior” wracam regularnie po dziś dzień. Książce tej jest o tyle łatwo tkwić w mojej świadomości, ponieważ mam słabość do fantastyki socjologicznej, a powieść tak jest wybitnym jej przedstawicielem.
„Dolna granica” opowiada o losie mieszkańców Argolandu, mieście-państwie, w którym na pierwszy rzut oka istnieje idealny system społeczny, gwarantujący każdemu środki do godnego życia, nagradzający jednak tych wybitnych i myślących. Myślących, ponieważ podział społeczeństwa (a co za tym idzie, przydział pracy i wynagrodzenia) opiera się na testach na inteligencję, prowadzonych przez niezależny i obiektywny centralny system komputerowy. Główny bohater Sneer – oficjalnie bezrobotny – pała się liftterstwem, znaczy „winduje” poziom inteligencji innych (wymyślając swoim nieprzeciętnym umysłem coraz to nowsze sposoby oszukiwania systemu). Przez pozorny zbieg okoliczności wplątuje się w kłopoty, jest zmuszony do korzystania z usług innych „wytworów” tej niby idealnej społeczności (np. downera – przeciwieństwa liftera), a każdy jego kolejny krok pozwala nam poznawać prawdę o prawach rządzących tym światem. Sam Sneer jest zaskoczony i przerażony ogromem spraw, jakie dzieją się wokół tak ukształtowanej ludzkości, a o których niemal nikt nie ma pojęcia. Nie mniej zaskoczony jest też czytelnik, podążając za fabułą, która szybko ucieka daleko poza sam Argoland i problemy głównego bohatera.
Mimo że powieść pisana była w czasach PRLu i czerpie garściami z ówczesnych realiów, to jest ponadczasowa i bez problemu można odnaleźć podobieństwa do dzisiejszych wydarzeń, układów społecznych i politycznych, czy też wizji przyszłości z innych książek i filmów. Dlatego też o Zajdlu można mówić jako o wizjonerze, ponieważ sporo elementów wykreowanego przez niego świata, możemy znaleźć dzisiaj w swoim otoczeniu. Autor był absolwentem fizyki i specjalistą od fizyki jądrowej, dlatego w książce łatwo i często porusza tematy mechaniki, cybernetyki czy kosmologii. Robi to jednak na tyle subtelnie, żeby czytelnik nie był zniechęcony fachowym bełkotem, a na tyle dojrzale, żeby nawet po 30 latach od powstania nie czuć zażenowania w temacie ówczesnej wiedzy technicznej. Bez problemu można odnaleźć też nienachalnie zarysowane elementy humorystyczne, wątek romantycznej miłości czy zadurzenia, rozmyślania na temat sensu życia, szczęścia i kierunku w jakim zmierza świat.
Czy książka ta ma wady? Chyba tylko jedną, jej otwarte i niedopowiedziane zakończenie pozostawia niedosyt i chęć przeczytania kontynuacji, która jednak nie powstała. Powieść ta jest idealnym przykładem na potwierdzenie tezy „Literatura uczy, bawi i wychowuje” – utwierdzam się w tym zdaniu po każdej lekturze. A jeśli moje słowa nie są dość przekonujące, to niech powołam się na słowa Stanisława Lema, który stwierdził, że „Limes Inferior” jest najoryginalniejszą polską powieścią SF jaką czytał.
Nie przedłużając “Kłamstwa Lockea Lamory” autorstwa Scotta Lyncha to powieść fantasy, jednak jeżeli na myśl od razu przychodzą wam smoki i FUS-RO-DAH ze Skyrima to się zawiedziecie, świat z “Kłamstw” bardziej przypomina średniowieczną Europę niż krainy pełne magów i smoków, co prawda magia w uniwersum stworzonym przez Lyncha istnieje – jest jednak bardzo rzadka i zmonopolizowana przez elitarną grupę Czerwonych Magów. Historia książki rozgrywa się w mieście wzorowanym na Wenecję – Camorze, w którym władza rozdziela się miedzy arystokracją, strażą miejska i różnego rodzaju grupkami złoczyńców i łotrzyków (którzy jednak wszyscy podlegają jednemu Capie) i obowiązuje niepisany pakt – straż miejska nie będzie zbytnio ścigać przestępczości dopóki ta nie będzie tykać arystokracji. Fabuła kręci się wokoło Locka Lamory (imię nie przypadkowo zbieżne z bohaterem Final Fantasy VI – tak autor jest graczem!) którego poznajemy już jako kilkuletniego chłopca- sierotę. Chłopiec zostaje uratowany przed śmiercią przez pewnego bezokiego kapłana Łancucha – jego kapłaństwo to tylko przykrywka, tak naprawdę para się złodziejstwem i jego aktualnym zajęciem jest szkolenie dwóch braci bliźniaków w rzemiośle przywłaszczania sobie cudzych rzeczy. Locke dołącza do podwładnych kapłana i rozpoczyna szkolenie, na które składają się lata nauki – nie tylko zręczności palców, ale także sztuk walki, nauki obcych języków i zwyczajów, savoir-vivre-u, na odpowiednim dobieraniu charakteryzacji i nauce szycia kończąc. Po kilkunastu latach , gdy Łancuch umiera, Locke (który zajmuje się głownie planowaniem przedsięwzięć grupy) zostaje przywódcą grupki “Niecnych Dzentelmenów” składającej się z niego, Jeana (lekko przy kości mężczyzny którego wygląd nie wskazuje na jego mistrzostwo w sztukach walki) bliźniaków Calo i Galdo (tak samo zręcznych w wyjmowaniu sakiewek za pazuch nierozważnych bogaczy, jak w uwodzeniu pięknych dam) oraz Pędraka (zwinnego chłopca aktualnie szkolonego przez naszą grupę). Grupa Niecnych Dżentelmentów trudni się w okradaniu arystokracji – czym bardziej zuchwale, czym bardziej arogancko, na czym większą kwotę, tuż pod nosem straży miejskiej uda im się okraść swoje ofiary tym bardziej świętują swoje zwycięstwo – ich celem nie jest zgromadzenie fortuny czy kradzież sama w sobie – jest nim pokazanie że są lepsi od innych, sprytniejsi, szybsi, mądrzejsi to motywuje ich do tworzenia coraz to bardziej pokrętnych planów wyłudzenia lub kradzieży pieniędzy od innych, a plany tworzone przez Locka są tak skomplikowane, że pozazdrościć im mogą najlepsze filmy o zuchwałych kradzieżach. W książce na drodze dżentelmenów staje Szary Król – zamaskowana postać wraz ze służącym mu potężnym czerwonym magiem – jak grupa poradzi sobie z tą sytuacją przeczytacie w książce.
Książka to połączenie przygód niczym Jamesa Bonda czy Arsène Lupina w świecie lekko fantasy. Postacie są wyraźnie zarysowane, poznajemy ich losy od czasów, gdy byli dziećmi i zaczęli szkolenie, przez co bardzo się z nimi zżywamy. Akcja jest wartka, plany wymyślane przez Locka są genialne – do samego końca trzymają nas w niepewności, a autor świetnie opisuje sceny akcji. Polecam książkę fanom dobrej akcji nie koniecznie w klimacie fantasy. Książka jest pierwszym tomem z pięciu, drugi pt. “Na Szkarłatnych Morzach” jest już opublikowana, a trzecia ma pojawić się w 2012 roku.
- Dlaczego on ? – zapytał. Dlaczego akurat Chiang ??
Ach tak, dlaczego Ted Chiang? Byli przecież inni… Dick, Dukaj, Żelazny, Ludlum, Akunin, debiutant Tuchorski, mniej znany Priest. W takim towarzystwie rozpoznawalne nazwisko, splendor czy tony nagród nie mają wielkiego znaczenia. Tak naprawdę chodzi o coś znacznie ważniejszego. Wielu z nas w codziennym wyścigu szczurów pomagają pasje. Książka, film, gra, muzyka. Cokolwiek. Raz na jakiś czas zdarzają się perły. Trafiające we właściwe miejsce i czas, we właściwy moment w życiu fragmenty osobistego Świętego Graala. Wpisują się trwale w naszą osobowość i czekają na moment kiedy mogą o sobie przypomnieć. Tak jest u mnie z “Historią twojego życia”. Jednym z opowiadań zbioru “Siedemdziesiąt dwie litery”* Uznana lingwistka, Louise Banks, zostaje zaproszona do zespołu odpowiedzialnego za kontakt z ”Siedmionogami”, obcymi istotami przybyłymi na Ziemię. Wraz z przydzielonym jej do pomocy fizykiem próbuje odnaleźć sposób na zrozumienie mówionego i pisanego języka gości. Oprócz tego jest autorką bardzo specyficznego pamiętnika, którego obszerne fragmenty przeplatają się z prozą opisującą kolejne postępy w kontaktach z Obcymi. Ta dwutorowość narracji jest tu kluczem ale jakiekolwiek dalsze dywagacja nad fabułą byłyby zbrodnią odbierającą radość z poznawania idei kiełkujących w głowie autora. A te są bardzo ciekawe choć kontrowersyjne. Chiang testuje naszą podatność na swoje pomysły w sposób bezwzględny za nic mając sobie prawidła znanego nam świata. Posługuje się przy tym językiem bogatym i rozbudowanym a przywołane fakty naukowe i terminologia są świadectwem jego tytanicznej pracy nad opracowanym tekstem. Konwencja fantastyki naukowej niech nikogo nie zraża bo więcej tu karkołomnej lingwistyki i matematyki niż klasycznej s-f. Pierwszy kontakt z Obcymi. Pomysł stary jak świat. Zupełnie nowe podejście. Jak to bywa u Chianga, zaledwie pretekst do poruszenia kolejnego niebanalnego zagadnienia, pretekst do próby wykrzywienia czytelnikowi mózgu. Ze mną mu się udało. Zapadł w pamięć i już stamtąd nie zniknie. Znalazłem kolejny, mały fragment mojego Graala. Trafił we właściwe miejsce i czas. I wiem, że nie tylko w moim przypadku.
- Dlaczego on ? Zapytał. Dlaczego akurat Chiang ??
Uśmiechnąłem się najpaskudniej jak potrafiłem. Przecież już wiedziałem jak się to wszystko zakończy.
* Zbiór opowiadań „Siedemdziesiąt dwie litery” wydano w 2010r jako rozszerzenie wydanego w
2006r zbioru pt. „Historia twojego życia”
Słyszałam tak wiele pozytywnych opinii na temat tej książki, że sądziłam, iż mam do czynienia z literackim fenomenem. Nie sposób opisać mojego zawodu, gdy okazało się, że mnie to wcale nie zachwyca.
Historia, opisana w powieści przez Picoult, porusza bardzo ważny problem dzisiejszego świata – prześladowanie słabszych kolegów, którzy nie chcą lub nie potrafią wtopić się w tłum. Tak właśnie było z Peterem, który zetknął się z tego typu przemocą już pierwszego dnia przedszkola. Popularne dzieciaki znęcały się nad nim codziennie, a z biegiem czasu zaczęli coraz bardziej go upokarzać. Autorka ukazuje nam szkolne życie chłopca poprzez retrospekcje, które czytało mi się naprawdę dobrze – akcja była wartka, a opisy codziennego życia niepopularnego dziecka chwilami wstrząsały.
Poza tymi plusami zieje jednak spora wyrwa, pozostawiająca sporo do życzenia. Teraźniejszość przedstawiona w powieści nie jest już bowiem tak ciekawa jak przeszłość. Akcja toczy się głównie na sali rozpraw – znów spotykamy się z opisami sprawy sądowej, do których Picoult najwyraźniej ma słabość. “Dziewiętnaście minut” to trzecia książka tej autorki, jaką przeczytałam, i stwierdzam z bólem, że fabuła każdej z nich przez jedną trzecią stron toczyła się w sądzie. A co za dużo, to niezdrowo.
Strona techniczna powieści także mi nie zaimponowała. Nie wiem, kto wyrwał tę tłumaczkę, ale jej ciągłe “się zastanowił”, “się zdziwił” i inne “się + czasownik” doprowadzały mnie do szału. Brzmiało to tak niezgrabnie, że przewracały mi się wnętrzności. Oprócz tego muszę zauważyć, że Picoult ma styl zwykły, niewyróżniający się niczym szczególnie charakterystycznym. Jedyne, co się w tym wszystkim rzuca w oczy, to trudne słowa niczym z księżyca, typu “paraplegik” czy “ekwilibrystyka”. Momentami popadałam w kompleksy, kiedy co pięćdziesiąt stron musiałam sięgać po słownik języka polskiego. Może to i zaleta, bo teraz wiem, że paraplegik jest osobą z porażeniem obu kończyn dolnych, a ekwilibrystyka to zdolność lawirowania. Mimo wszystko takie określenia brzmiały co najmniej koślawo w połączeniu ze zwykłym, chwilami wręcz potocznym, językiem.
Podobało mi się jednak całkiem zakończenie, choć udało mi się go domyślić. Nie jestem zwolenniczką przesłodzonych happy endów, toteż takie wyjście z sytuacji, jakie zastosowała Picoult, przypadło mi do gustu.
Nie każda zbrodnia niesie za sobą karę, ale każda zbrodnia jest wyjściem z jakiejś sytuacji. Świat jest pełen skrywanych uczuć i emocji. Niezrealizowanych ambicji i skrywanych marzeń. Człowiek zachodu zazwyczaj uzewnętrznia je lepiej, człowiek dalekiego wschodu tradycyjnie skrywa je w sobie.
Prawdopodobnie to jeden z powodów, dlaczego jedni nie potrafią zrozumieć drugich. Dlatego warto sięgać po książki i inne pozycje z egzotycznych dla nas kręgów kulturowych, nawet jeśli często jedynym komentarzem na jaki wobec nich się wysilamy brzmi, że oni są inni. Nas dla odmiany nazywają barbarzyńcami…
Tak naprawdę wszystkimi targają te same emocje, wszyscy borykają się z tymi samymi problemami, wszyscy szukamy z tych sytuacji jakiegoś wyjścia. Warto spojrzeć na znane nam problemy z innej strony, szczególnie jeśli już od pierwszych stron książki to spojrzenie wciąga i intryguje.
Natsuo Kirino stworzyła opowieść o czterech kobietach pracujących w jednej z tokijskich fabryk. Kobiet różniących się od siebie praktycznie wszystkim, każdej skrywającej własne motywacje i starającej się jakoś związać koniec z końcem. Kiedy jedna z nich, Yaoi, młoda, upokarzana matka, zabija swojego męża, jedna z przyjaciółek postanawia jej pomóc. Chociaż od początku zadajemy sobie pytanie czy to aby na pewno jest przyjaźń. To dramatyczne wydarzenie porusza lawinę dramatycznych wydarzeń, które zaczynają zataczać coraz szersze kręgi i burzyć życia kolejnych osób, które okazują się mieć więcej do ukrycia, niż mogłyby to przyznać.
„Ostateczne Wyjście” to realna aż do bólu opowieść o prawdziwych pobudkach kierujących ludźmi.
Z jednej strony jest to thriller, z drugiej dramat obyczajowy, ale nie brakuje w nim prawdziwej grozy i potworów zamieszkujących dusze ludzi. Tych, których każdy się obawia, własnych emocji i czynów, wyrachowania, kłamstw, zdrady, fałszywych przyjaciół… Wszystko to jest w tej książce, w postaci czterech kobiet i otaczających ich postaciach: rodziny, policji, gangsterów, z których każde ma w tej powieści swoje miejsce, pobudki i cele. A atmosfera gęstnieje z każdą decyzją i kolejną konsekwencją.
Bo tak naprawdę nie można być pewnym nikogo, nawet siebie samego, aż do chwili, kiedy los postanowi nas brutalnie sprawdzić. A kiedy się uśmiechnie, to tylko ironicznie…
Ta opowieść pokazuje, że tak naprawdę świat nie należy do tych silnych czy sprytnych. Świat należy do tych, którzy potrafią wykorzystać bez skrupułów nadarzającą się okazję, a potem ukryć jej konsekwencje przed wszystkimi, jakby nic się nie stało. Bo tak naprawdę nie ma kata, nie ma ofiary, są tylko okazje i ich konsekwencje.
Na końcu trzeba zadać sobie samemu pytanie jak daleko sam bym się posunął szukając swojego ostatecznego wyjścia?
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
16bitowe delfiny w muzeum, czyli jak bardzo nie rozumiem sztuki
16bitowe delfiny w muzeum, czyli jak bardzo nie rozumiem sztuki
@NoMoRe: No nie wiem, może dlatego że Cell to POWER a nie x86 i zupełnie nie ma na to softu konsumenckiego;)? gd
@angh: Jezeli musisz byc online zeby grac w single = nie wydam na to kasy. Sama gra to odgrzewany kotlet raczej, niz
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
KOMENTARZE (1)
Samemu nic nie napisałem, ale z chęcią przeczytam co inni nasmarowali.