Twórcy w Klei Entertainment zasiedli wokół stołu i popatrzyli na białą tablicę, na której widniał napis:
„Shank miał błędy. Poprawmy je i zróbmy grę w każdym calu lepszą”
Tak powstał Shank 2.
To chyba najlepszy przykład iteracyjnego projektowania gier. Część pierwsza zapowiadała się świetnie na trailerach, ale w ostatecznym rozrachunku odrobinę zawiodła. Grafika była rewelacyjna, ale w takich grach trzeba stawiać na szybkość reakcji gracza – jeśli ten element zawiedzie to skończy się tylko na niepotrzebnej frustracji. Twórcy wzięli sobie tę nauczkę do serca, gdy zasiedli do pracy nad kontynuacją.
Shank powraca i w zasadzie jego cel pozostał bez zmian – wybijanie setek przepakowanych przeciwników, by dostarczyć graczowi odrobinę radości. Jasne, jest tu nawet jakaś historia i to zaskakująco ładnie przedstawiona, bo wykonana w postaci komiksowych animacji 2D. Tyle tylko, że jest ona na tyle bez znaczenia, że nie przewijałem wstawek pomiędzy rozdziałami tylko z powodu ich jakości. Wiecie, skoro sam główny bohater w pierwszej rozmowie wyraża zdziwienie nad uczestniczeniem w jakiejś rebelii, a potem kontynuuje radosną wyżynkę to czemu my mielibyśmy się przejmować losami mieszkańców jakiegoś państewka, które rządzone jest przez złego prezydenta.
Dla nas dużo ważniejsze z tej perspektywy jest samo otoczenie, na którym Klei nie oszczędzało. Misji w grze jest osiem, czyli nie jakoś szczególnie dużo, ale praktycznie każda z nich dzieje się w innym miejscu. Jest bardzo różnorodnie nie tylko pod względem wyglądu, ale również kolorystyki – od przyjemnych pastelowych odcieni widzianych podczas przebijania się przez egzotyczny kurort po ciemne tunele pełne czaszek w miejscach kultu kanibali. Klei świetnie czuje się w stylistyce 2D, a w Shanku taka oprawa sprawdza się wybitnie. Zastosowany zabieg, w którym mamy kilka warstw grafiki poruszających się z różną prędkością nie jest niczym nowym, ale przy tak pięknie narysowanych tłach mamy wrażenie, jakoby obraz za postaciami praktycznie żył. Interesującym zabiegiem są też momenty, w których widzimy tylko sylwetki postaci (ze względu na padające światło) – wygląda to jak walka cieni. Odpowiednio urozmaica zabawę, ale nigdy nie jest nadużywane.
Wisienką na torcie, jeśli chodzi o Shank 2 jest oczywiście sama walka. Mam wrażenie, że w tej kwestii poczyniono największe postępy względem pierwowzoru. Zrezygnowano z blokowania (chociaż tarcza wraca na samym końcu gry) na rzecz uników wykonywanych za pomocą prawego analoga. Dla mnie osobiście przy olbrzymim nagromadzeniu przeciwników na ekranie ciężko było je stosować, ale w walkach z bossami były bardzo przydatne. No właśni, Ci ostatni potrafią napsuć trochę krwi. Zdarzyło mi się na chwilę zaciąć, bo gra do najprostszych nie należy, ale na szczęście punkty kontrolne rozstawione są bardzo gęsto, a na rywali zawsze znajdzie się jakiś sposób. Ba, nawet niejeden, bo Shank słynie ze swojej komiksowej brutalności i pewnie na jego akcje nie mógłbym patrzeć, gdyby oprawa była bardziej rzeczywista. Na szczęście nie jest, więc z przyjemnością oglądam, jak Shank ćwiartuje kolejnych wrogów i wykonuje kontry, które porównałbym do fatality z Mortal Kombat.
Nowością jest tryb przetrwania, w którym możemy również bawić się z jednym znajomym lokalnie lub w kooperacji sieciowej. To wariacja na temat znanego i uwielbianego trybu hordy, w którym bronimy 3 kontenerów i zabijamy kolejne fale przeciwników starając się przetrwać, jak najdłużej. Urozmaicono zabawę dodając dodatkowe elementy do kupienia za zdobyte punkty, a 3 dostępne mapy zaprojektowano tak, żeby pozwalały na trochę taktycznego podejścia. Dzięki temu mamy do naszej dyspozycji między innymi pułapki pozbywające się najbardziej uciążliwych przeciwników oraz wystarczającą liczbę platform, żeby uciekać przed bardzo silnymi bossami.
Zamysł tego trybu jest całkiem dobry, ale raczej trudno mi uwierzyć, że będzie on bardzo popularny wśród graczy. Jeśli nie wciągnięcie się w walkę o miejsce na tablicy wyników to Shank 2 zakończy się dla Was po przejściu kampanii, która nie jest jakoś szczególnie długa. Co prawda twórcy chcieli zabawę urozmaicić dodając system dodatkowych wyzwań do zrobienia podczas grania, pokroju 50 zabić łopatą albo wykonanie 25 kontr na żołnierzach z karabinami, ale jedyne co odblokowujemy w ten sposób to dodatkowe postacie do trybu przetrwania (poza osiągnięciami/trofeami). Krótko mówiąc – produkcję Klei należy traktować jako jednorazową przygodę, bardzo satysfakcjonującą, ale jednorazową.
Shank 2 nie jest niczym innowacyjnym, ba w zasadzie nawet nie stara się taki być. Tutaj chodzi o dobrą zabawę przez kilka godzin trwania kampanii i podziwianie tej komiksowej brutalności i egzekucji wykonywanych na kolejnych bossach. Jak dla mnie za 800 Punktów Microsoftu lub 36 złotych to wystarczająco dużo, żebym mógł Wam polecić zakup. Może niekoniecznie dzisiaj, ale nie zapominajcie o Shanku, on zaczeka.
Chcesz skomentować? Zaloguj się lub zarejestruj.
Plotka dnia: na konsoli Sony pogramy w chmurze?
Diabelska łatka nadchodzi – co będzie, a czego w niej zabraknie?
Plotka dnia: na konsoli Sony pogramy w chmurze?
Plotka dnia: na konsoli Sony pogramy w chmurze?
Plotka dnia: na konsoli Sony pogramy w chmurze?
Różne śmiesznostki znalezione w necie :)
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
@bone: ladne to ale troche drogawe cooldan - twoja zona tez niezle crafci
Rzeźby z brązy/mosiądzu to zupełn[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
[S] Rzeźby robotów z gry Machinarium
KOMENTARZE (0)