Newsy

czort Tania gra: PS3, Xbox 360 i PC [#7]

Większość gier ma to do siebie, że szybko się starzeje. Pomysły są rozwijane, pojawiają się zupełnie nowe rozwiązania, ulepszana zostaje grafika. Często więc trzyletnia czy czteroletnia gra wyparta przez podobne, lecz nowsze i udoskonalone produkcje, ginie w mrokach niepamięci. Problem ten nie dotyczy dzisiejszej taniej gry, która podobnie jak jej bohaterka przetarła własne, niedostępne dla innych ścieżki.


Mirror’s Edge, bo o niej mowa, zniosła próbę czasu wyśmienicie. To kolejna omawiana w naszym cyklu pozycja wydana w 2008. Niepowtarzalna mechanika i przemyślany styl graficzny sprawiają jednak, że wcale nie widać po niej zbliżających się wielkimi krokami czwartych urodzin.


Zacznijmy od tego pierwszego. Cała zabawa w Mirror’s Edge polega na przedostawaniu się z jednego punktu do drugiego. Tak, mamy tu wrogów i możemy ich efektownie załatwić, ale nie o to tutaj chodzi. Tak, mamy odebrane im pistolety i karabiny, ale pełnią one role marginalną. Ba, nawet przeszkadzają, bo spowalniają, a żeby przycelować trzeba się zatrzymać. A tego nie chcemy, lepiej od razu je wyrzucić (za przejście gry bez oddania strzału jest nawet osiągnięcie). Tutaj trzeba biegać, pozostawać w ciągłym ruchu i utrzymywać dużą prędkość.



Im szybciej biegniemy, z tym większą łatwością sterowana przez nas Faith pokonuje to, co stanie jej na drodze. Są na to dwa sposoby: góra i dół. Jeden przycisk odpowiada za pokonywanie przeszkód dołem, czyli wszelkiego rodzaju wślizgi, fikołki czy opuszczanie się z krawędzi. Drugi to podskok, odbicie od ściany i wdrapywanie się. Tyle wystarczy do szczęścia. Opanowanie sterowania zajmuje parę sekund, doprowadzenie go do perfekcji kilka godzin. Zręczność to nie wszystko, aby jak najefektywniej pokonywać kolejne metry musimy wybrać optymalna trasę biegu. W Mirror’s Edge nie uświadczymy jednak wskaźników, zapomnijcie o strzałce czy kompasie wskazującym drogę.


Tutaj na scenę wchodzi genialny styl graficzny ME. Miasto, po którym śmigamy jest surowe, sterylne,  wręcz ascetyczne. Dominują w nim odcienie bieli, niebieskiego i okazjonalne żółcie. Ścieżka, którą powinniśmy się poruszać jest natomiast oznaczona kontrastującą czerwienią. Kolorem krwi pulsują deski, żurawie, drzwi czy płoty. Trudno się dzięki temu zagubić, ale nie jest to aż tak duże ułatwienie, jak mogłoby się wydawać.  Z czasem wskazówek jest coraz mniej. Można je całkowicie wyłączyć w opcjach , ale nie polecam tego robić przy pierwszym podejściu do gry.



No dobra, ale po co biegamy? Hobby, parkour? Nic z tych rzeczy. Akcja Mirror’s Edge toczy się w dystopijnym społeczeństwie, którego nie powstydziłby się sam Orwell. Władzę sprawuje totalitarny reżim, kontrolujący wszystkie środki przekazu, tłumiący w zarodku każdą formę oporu. Jedynym sposobem na swobodny przepływ informacji jest ich ręczne dostarczanie, którym zajmują się Biegacze. Główna bohaterka, Faith, od paru lat działa w tej branży szmuglując ważne dokumenty między innymi dla ruchu oporu. Jej rodzice zginęli przed laty w protestach przeciw władzy osierocając ją i jej młodszą siostrę Kate. Gdy Faith dowiaduje się, że siostrzyczka została niesłusznie oskarżona o zabójstwo kandydata na burmistrza postanawia oczyścić ją z zarzutów, pakując się tym samym w środek dużej afery.


Ok, fabuła nie porywa, ale ma kilka niezłych momentów i pozwala zwiedzić spory kawałek metropolii. Z dachów zejdziemy do przestronnych biur, klatek schodowych, na ulicę, a nawet do kanałów i tuneli metra. Kampania mogłaby być dłuższa. Jej przejście zajmuje przeciętnie uzdolnionemu graczowi około pięciu godzin, ale nuda nie pojawia się na ekranie nawet przez minutę. Mnogość możliwości, sprawdzanie innych ścieżek, wyższe poziomy trudności i walka z samym sobą zachęcają jednak do ponownego jej przejścia. Jeśli to komuś nie wystarczy, to zostaje jeszcze tryb, w którym pokonujemy na czas krótkie, stworzone specjalnie do tego celu trasy. Niektóre są naprawdę wymagające.



Mirror’s Edge to dzieło studia DICE, czyli starych wyjadaczy na poletku gier z widokiem z oczu bohatera. Tym razem odeszli jednak od strzelanin, w których się specjalizują (na koncie mają gry z serii Battlefield) i stworzyli coś co śmiało można nazwać First Person Platforming Action (wszelkie prawa zastrzeżone). Przed premierą ME zapowiadali, że zamierzają wstrząsnąć całym gatunkiem. Może nie do końca im się to nie udało, ale na pewno wprowadzili do niego duży powiew świeżości.


Mirror’s Edge ma kilka wad.  Jest trochę za krótka, przydałaby się bardziej dopieszczona fabuła, a rozgrywka trochę za bardzo opiera się na zasadzie prób i błędów. Nie są to jednak przewinienia, które mogłyby przesłonić szereg zalet, innowacji i przyjemny zefirek odczuwania czegoś nowego otulający policzki grającego. Zefirek, napisałem to i się tego nie wstydzę.


Mirror’s Edge to świetna odskocznia od ciągłego strzelania i marazmu w branży, na który tak często narzekamy. Zwłaszcza za mniej niż pięć dyszek.

Chcesz skomentować? lub zarejestruj.

KOMENTARZE (6)

  • deusz Luty 22, 2012 o 22:04

    Jedna z najlepszych gier tej generacji.

  • Sialala Luty 23, 2012 o 12:01

    deusz +1

  • Sialala Luty 23, 2012 o 12:16

    swoja droga to ME swietnie by sie IMO spisalo na PS Vita.

  • skylight Luty 23, 2012 o 12:16

    Możliwe, ale zdecydowanie nie dla mnie.

  • michaelius Luty 23, 2012 o 12:32

    Niesamowicie nudne

  • lehlerex Luty 24, 2012 o 16:12

    Kto nie grał ten trąba!




Powrót do góry